WANDA RUTKIEWICZ
MOJ EVEREST
[Wanda Rutkiewicz]
Polsko-niemiecki „Gipfelkuss” na szczycie Everestu.
Willi Klimek (z lewej) i Wanda Rutkiewicz
  

Copyright © 2003 by JOZEF NYKA


25 lat temu na najwyzszy szczyt Ziemi weszla pierwsza Polka i pierwsza alpinistka spoza Azji, Wanda Rutkiewicz. Na liscie wejsc zajmuje ona 82 miejsce (Cichy i Wielicki 103–104). Byl to duzy wyczyn, do dzisiaj pamietany w swiecie, o czym swiadcza chocby ostatnie rocznicowe wzmianki na stronach internetowych. MountEverest.com w swym przypomnieniu sukcesu Polki z 16 pazdziernika nazywa ten dzien „a history day in mountaineering history”. Szczegolny kaprys dziejowy sprawil, ze w tym samym dniu, zaledwie kilka godzin pozniej, w Rzymie Polak, Karol Wojtyla, zostal wybrany papiezem.
Z okazji 25-lecia wejscia naszej Kolezanki publikujemy przeklad tekstu nieznanego polskim milosnikom alpinizmu. Chodzi o jej artykul napisany do wydanej w malym nakladzie ksiazki Karla Herrligkoffera „Mount Everest ohne Sauerstoff” (Bamberg 1979). Wanda relacjonuje w nim szczegolowo ostatnie dni wyprawy, a czyni to (z czym sie dotad powsciagala) nie kryjac atmosfery, jaka wokol jej osoby wytworzyli mezczyzni, ktorym – jako kobieta – odbierala czesc glorii bohaterskich zdobywcow szklanej gory, za jaka wtedy jeszcze Everest uchodzil. Glownym jej antagonista byl Sigi Hupfauer z RFN – nie wiadomo dlaczego, bo przeciez jego zona Gabi zapragnela byc liderka himalaizmu kobiecego dopiero w 10 lat pozniej. Tekst rozdzialu, znanego nam juz jako rekopis, zostal przez dra Herrlikgoffera „wygladzony” pod wzgledem czesci wyprawowych niedyskrecji. W ksiazce rozdzial nie ma tytulu, jest tylko wypowiedzia jednego z dopuszczonych do glosu uczestnikow wyprawy. W trzy lata pozniej, skrocony do 40 wierszy, rozdzial ukazal sie tez w duzym dziele Karla M. Herrligkoffera „Mount Everest Thron der Gotter” (Munchen-Wien 1982, s.255–256).
[Karl Maria Herrligkoffer, Wanda Rutkiewicz, Hanna Wiktorowska]
Dr Karl Maria Herrligkoffer w Warszawie. Z lewej Wanda Rutkiewicz, z prawej – Hanna Wiktorowska. Fot. Jozef Nyka
Jako uzupelnienie i rozwiniecie tematu, po materiale Wandy Rutkiewicz publikujemy polski przeklad rowniez nieznanego w kraju artykulu „Polish Woman Atop Mt. Everest”, opublikowanego w listopadowym numerze wydawanych w New Delhi przez tamtejsze Polskie Centrum Informacyjne „Polish Facts on File” (nr 390), a nieco wczesniej ogloszonego w ukazujacym sie w New Delhi tygodniku „World Science News Weekly” (vol. XV nr 42/1978). Redaktor tego drugiego periodyku, R.D. Kuchhal, przeprowadzil z Wanda Rutkiewicz dluga rozmowe podczas jej powrotu spod Everestu, on tez bez watpienia jest autorem owego (anonimowego) artykulu, do druku w „Polish Facts on File” lekko poprawionego. Tekst zawiera w cytatach oryginalne wypowiedzi Wandy i jest jej pierwsza szersza relacja przeznaczona do druku, zupelnie jeszcze „goraca”. W stosunku do artykulu napisanego pozniej do ksiazki dra Herrligkoffera, zawiera on pewne dodatkowe szczegoly. Warto dodac, ze w tym samym numerze „Polish Facts on File” ukazal sie artykul o wyborze Papieza-Polaka – o przeszlo polowe mniejszy od dwustronicowego materialu o Wandzie Rutkiewicz.
Wanda o swoim wejsciu pisala i opowiadala dziesiatki razy, obie tu przytoczone relacje naleza jednak do jej pierwszych, najwczesniejszych enuncjacji. Tlumaczenia obu tekstow sa wierne, a w wielu partiach doslowne. Zamiast niezgrabnego „Niemiec zachodni” uzywamy okreslenia „Niemiec z RFN”. Pelne imiona niemieckich towarzyszy Wandy brzmia: Siegfried Hupfauer, Wilhelm Klimek, Josef Mack, zas pelne nazwiska Szerpow – Mingma Nuru, Ang Dorje i Ang Kami II. Az do depozytu tlenowego grupie pomagal takze zapomniany w obu artykulach Szerpa Ang Chatar. Tytul naszej broszurki „Moj Everest” pochodzi od redakcji. W nawiasach kwadratowych drobne wtracenia tlumacza. Mamy nadzieje, ze i wybor zdjec zamieszczonych w zeszycie bedzie dla polskiego odbiorcy interesujacy – czesci z nich dotad nie publikowano.
Jozef Nyka
 

BHGS0000    12 (2003)
WANDA RUTKIEWICZ:
Kiedy 10 pazdziernika docieram do obozu II, widze, ze z powodu silnej wichury pierwsza grupa idaca na szczyt znajduje sie jeszcze w tym obozie. Panuje tam rozgardiasz i, poniewaz bawi w tym waznym obozie aklimatyzacyjnym 14 czlonkow wyprawy, kompletne przepelnienie. Najpierw klade sie, by uciac krotka drzemke. Kiedy sie budze, czuje burczenie w brzuchu. Jest pora posilku. Moi przyjaciele tymczasem juz sie pozywili. Gdy siegam po miske z suchym prowiantem beszta mnie Sigi Hupfauer: „Zanim cos wezmiesz, moze wpierw zechciej laskawie zapytac, czyja to wlasnosc.”
[Lingtren, Khumbutse, Lho La]
Oboz I (6000 m) u wejscia do Kotla Khumbu. W tyle z lewej Lingtren (6749 m), z prawej Khumbutse (6665 m) i przelecz Lho La (6026 m). Na bialym stoku przedwierzcholka 6408 m Khumbutse wydarzyla sie 27 maja 1989 najtragiczniejsza z polskich katastrof himalajskich.
Chociaz pierwsza grupa jeszcze nie wyruszyla, zostaje wyznaczona przez kierownika wyprawy druga grupa szturmowa, do ktorej i ja naleze – do proby kolejnego ataku.
Nastepnego dnia wspinamy sie do obozu III Willi Klimek, Robert Allenbach, Bernd Kullman, Marianne i Sepp Walterowie oraz ja. Podobnie jak poprzednim razem, dla mnie najciezszym odcinkiem jest ostatnie 100 metrow z francuskiego obozu III do naszego niemieckiego.
Cale popoludnie zajmuje nam odkopywanie namiotow i wykuwanie w lodzie platformy pod jeszcze jeden namiot. Oboje Walterostwo dobijaja do nas dopiero poznym popoludniem. Pod wieczor zrywa sie silny wiatr, ktory w nocy przechodzi w straszna wichure. Ja spie w bardzo solidnym namiocie, ale rano jestem troche przerazona, widzac jego zaklesle pod ciezarem sniegu sciany.
Tego dnia, a jest 12 pazdziernika, malzenstwo Walterowie schodza znowu do obozu II. Marianna, mimo wszelkich tabletek uspokajajacych, niemal nie spala. Pozniej do obozu aklimatyzacyjnego schodza rowniez Robert i Bernd. Willi i ja pozostajemy w „trojce”, gdyz chcemy jeszcze troche wytrwac, aby potem jednak wejsc na Przelecz Poludniowa. O tym, co ma sie dziac dalej, nie zamieniamy nawet jednego slowa, ale chyba oboje myslimy o szczycie. Nastepna noc jest okropnie wietrzna, mimo to jednak spie dobrze.
13 pazdziernika. Ku naszemu pelnemu zaskoczeniu, w obozie III nagle pojawiaja sie nasi towarzysze. Sa to Pierre Mazeaud, Kurt Diemberger i Hubert Hillmaier, a takze Hans Engl i Sepp Mack. Sepp daje mi do zrozumienia, ze Karl [Herrligkoffer] zdecydowal, iz Willi i ja mamy oboz opuscic, aby zrobic miejsce dla kolejnych kandydatow do wierzcholka. Dochodzi do ostrej wymiany slow. Wreszcie Willi poddaje sie temu poleceniu, pakuje swoje rzeczy i schodzi do obozu II. Przez chwile jestem na niego zla, ze tak latwo daje za wygrana – Willi jest przeciez swietnym alpinista.
Podczas gdy ja sama szykuje sie do zejscia, grupa szczytowa ciagnie dalej ku Przeleczy Poludniowej, czesciowo poslugujac sie tlenem. Mimo wszystkich roznic zdan, imponuje mi to, ze w jeden jedyny dzien pokonaja az 1600 m wysokosci.
Wczesnym popoludniem i ja schodze do obozu II. We wspolnym namiocie panuje nastroj rezygnacji, wyprawe juz uwaza sie za nieudana. Sigi Hupfauer oswiadcza, ze jutro zejdzie do bazy, poniewaz ma zapalenie zyl.
Rozmawiam potem z Willim Klimkiem. Moze powinnismy jednak zdecydowac sie na zaatakowanie 8511-metrowej Lhotse? Na bocznych stokach i w kuluarze Lhotse wiatr nie powinien tak szalec, jak na grani Everestu. Wychodzac z tego zalozenia, decydujemy sie przeprowadzic szturm z jednym namiotem i bez specjalnych przygotowan. Sepp Walcher wypozycza nam swoj lekki 2-osobowy namiot, poniewaz zdecydowal sie juz ostatecznie, ze nie bedzie uczestniczyl w ataku szczytowym. Sigi Hupfauer, ktorego nasza inicjatywa wprawia w zlosc, zabrania nam szukania rozwiazan innych, niz ustalenia pierwotne, mianowicie to, ze wraz z innymi kolegami mamy tworzyc druga grupe everestowska. Po tym jednak, jak porozumiewamy sie z Karlem, kierownikiem naszej wyprawy, musi on zaakceptowac nasz plan, bo wlasnie Karl byl zawsze za tym, aby jeden z zespolow rozprawil sie z Lhotse.
[Sigi Hupfauer, Konradm Kirch]
Sigi Hupfauer (z prawej) w rozmowie z dzialaczem DAV, Konradem Kirchem. Fot. Jozef Nyka
14 pazdziernika. W ciagu paru ostatnich dni bylo slonecznie, teraz w dodatku ucichl wiatr. Chociaz wiec zaledwie wczoraj zeszlismy z obozu III, postanawiam wraz z Willim Klimkiem natychmiast wrocic do „trojki”. Szerpowie, ktorzy maja nam towarzyszyc, dogonia nas juz nastepnego dnia, abysmy wraz z nimi mogli wejsc w stromizny Lhotse.
Kiedy w obozie II szukamy naszych masek tlenowych, stwierdzam, ze z niewiadomych powodow Mack i Engl zabrali na Przelecz Poludniowa wszystkie maski dla pozostalych uczestnikow. Znajdujemy tylko trzy, przeznaczone dla tragarzy wysokosciowych, ktorym do wejscia na Przelecz Poludniowa i tak nie beda potrzebne. A zatem dwie z nich zabieram. Sigi wpada w zlosc: „Zostawiacie laskawie jedna, przeciez my obaj, Robert i ja, jestesmy ostatecznie jutro na Przeleczy Poludniowej” – wykrzykuje, choc przeciez liczba masek bylaby wystarczajaca, bo oprocz tej, ktora i tak pozostawiamy, Sigi ma jeszcze wlasna. Tak obrzuca mnie wyzwiskami, ze z wscieklosci miekna mi kolana. Pozostali przysluchuja sie, ale pozostaja calkowicie obojetni. Zauwazam tylko, ze zachowuje sie nie fair i stosuje metody, ktorych sie nie da opisac. Nie zwracajac juz na niego uwagi, pakuje druga maske i mysle, ze jak sie Sigi uspokoi, trzecia zabierze dla Roberta.
Oboz II opuszczamy dosc pozno, gdzies okolo godziny 15. Wbrew oczekiwaniom, czuje sie znakomicie, jestem we wspanialej formie. Juz o godzinie 18 docieramy do obozu III. Podczas drogi mija nas jeden z tragarzy francuskich i mowi, ze szczyt jest juz zdobyty, lecz dotad nikt ze zdobywcow nie wrocil.
Rano 15 pazdziernika czekamy oboje z Willim tu w gorze w obozie III na przybycie Szerpow. Jednak wtedy przychodza do „trojki” Sigi i Robert z trzema tragarzami. W tym momencie czeka nas radosny meldunek, dowiadujemy sie mianowicie, ze Hans, Hubert i Sepp juz poprzedniego dnia byli na szczycie i wlasnie schodza z Przeleczy Poludniowej. Czekamy teraz, aby dotarli do „trojki”.
W tej sytuacji wiadomosc o sukcesie przynosi wielkie odprezenie. Jakby sie sprawy dalej nie potoczyly, wyprawie udalo sie osiagnac sukces, Karl, kierownik naszej wyprawy, moze znow spac spokojnie a nastepny atak szczytowy nastapi juz bez jakiegokolwiek napiecia i emocji. Teraz idzie juz tylko o calkiem osobisty sukces, bez koniecznosci zwazania na odpowiedzialnosc za ogolny wynik wyprawy.
Wtedy docieraja nasi zdobywcy szczytu, witamy ich goraco i gratulujemy im jak najserdeczniej. Hubert Hillmaier stwierdza, ze nastepna grupa ma natychmiast wyruszyc do szczytu, aby w pelni wykorzystac dobra pogode i sprzyjajace warunki.
W tej sytuacji nastepuje rozmowa z kierownikiem wyprawy, ktory najpierw obstaje przy naszym planie wejscia na Lhotse. Ale w nastepnej rozmowie juz oswiadcza, ze – jezeli sprawy tlenu na to pozwola – mamy dolaczyc do grupy Sigiego Hupfauera. W mgnieniu oka wycofujemy sie z naszego planu „Lhotse” i podazamy wraz z innymi na Przelecz Poludniowa. Dodatkowo bierzemy jeszcze po jednej butli tlenu do plecakow. Kiedy docieramy na przelecz, wita nas silny wiatr. Chociaz po podejsciu czuje ostre pragnienie, podaje moj kubek herbaty Francuzowi Nicoli, ktory co dopiero wrocil ze szczytu. Na skosnym stoku gmachu gory widac jeszcze schodzacych pozostalych Francuzow. 15 pazdziernika byl zatem dniem ich wielkiego sukcesu!
Wicher wyje wokol namiotow obozu IV. Mimo to noc mija wlasciwie znacznie lepiej, anizeli oczekiwalam. Poniewaz dla mnie nie ma wolnego spiwora, a ja wlasnego nie przytargalam z soba, Kurt Diemberger pozycza mi swoj i spi tu na gorze, na wysokosci 8000 metrow bez spiwora. Mowi: „Wezcie mnie w srodek, wowczas jakos to przetrzymam, szczyt mam juz przeciez poza soba.”
Wczesnie rano jemy platki owsiane i pijemy kawe z termosu. Pierwsze promienie slonca padaja na Przelecz Poludniowa, jest godzina 7.30. Wyruszamy w siedmioro: Sigi Hupfauer, Robert Allenbach, Willi Klimek i ja, jak rowniez trzej Szerpowie – Mingma, Ang Dorje i Ang Kami. Idziemy niezwiazani. Kazdy ma w plecaku butle z tlenem oraz swoje rzeczy osobiste. Ja mam dodatkowo mala kamere filmowa i kasety z filmem. Dalsze kasety i dodatkowa maske dopakowuje do swego plecaka Willi. Druga butle z tlenem dla kazdego z nas niosa Szerpowie Mingma i Ang Dorje, ktorzy sami nie korzystaja ze sprzetu tlenowego.
Na poczatku ustawiam kurek przeplywu tlenu na 2 litry na minute. W naszej drodze do szczytu w ten sposob pokonuje polowe wysokosci. Ide wolno, jako ostatnia i do pozostalych dolaczam tylko wtedy, gdy odpoczywaja.
[Allenbach, Hupfauer, Mingma, Wanda Rutkiewicz]
SW drodze do szczytu: Robert Allenbach, schylony Sigi Hupfauer, Szerpa Mingma (bez maski tlenowej) i Wanda Rutkiewicz. W glebi, na poludniowym wschodzie, imponujaca piramida Makalu, oddalona od Everestu o okolo 20 kilometrow.
Podczas wejscia Hupfauer sprawdza porzucone butle tlenowe pod wzgledem ich zawartosci, zeby – gdyby nie byly puste – moc wykorzystac je podczas zejscia. Diemberger radzil nam, aby butli nie wymieniac juz w miejscu depozytu, lecz dopiero dalej w gorze, u stop Wierzcholka Poludniowego. Sigi decyduje, ze na tym krotkim odcinku kazdy z nas sam poniesie swoja dodatkowa butle. Ja oponuje. Ostatecznie juz niose kamere filmowa i kasety[1].
Zwracam sie zatem do Szerpow z pytaniem, kto z dodatkowa oplata bylby gotow wydzwigac moja nowa flaszke 100 metrow wyzej. W tym momencie przezywam prawdziwy szok. Sigi, zamiast pojsc mi na reke, oklina mnie w plugawy sposob. Ta napasc tak mnie zaskakuje, ze stoje oslupiala. Ogladam sie. Willi nic nie slyszal, idzie juz dalej. Robert zachowuje obojetnosc. Ogarnia mnie wscieklosc, mam ochote wyrzucic kamere. Drzacymi rekami probuje sprawdzac cisnienie w butlach tlenowych lezacych w sniegu. Do cna zapomnialam, ktore byly jeszcze pelne, a ktore co dopiero dostawili Szerpowie. W moim podnieceniu zupelnie przeoczylam, ze Mingma doladowal sobie jeszcze jedna butle i poszedl z nia dalej. Dlatego nie powinnam sie dziwic, ze nie moge jej znalezc. Z moimi do polowy oproznionymi butlami tlenowymi czuje sie nagle okropnie opuszczona i pozostawiona samej sobie. Wolam wiec do gory: „Gdzie jest flaszka przeznaczona dla mnie?” Ledwo moge pojac, ze odpowiedz zdaje sie brzmiec: oni zabrali ja z soba. Wreszcie dochodze do nich, kiedy nastepuje wymiana butli[2]. Na Szczyt Poludniowy wchodzimy juz wspolnie. Teraz przestawiam kurek na 4 litry na minute.
Na grani miedzy wierzcholkami poludniowym i glownym staje sie nagle niebezpiecznie. Gran jest ostra a na dodatek wieje silny wiatr. Poruszam sie jak na rownowazni. Tu nie mozna popelnic zadnego bledu. Przed Uskokiem Hillary'ego Willi przypomina mi, ze przeciez chcialam filmowac. Przez poprzedni incydent mam do tego tak malo zapalu, ze tylko z trudem sie przezwyciezam.
Kiedy inni znikaja za zalomem skal, wygladaja calkiem efektownie, tak jakby docierali juz do wierzcholka. Ostatni idzie Willi i ja zostaje sama. Gdzies wewnatrz robi mi sie dziwnie, byc tak zupelnie samotnie na tej wysokosci. Chociaz co prawda nie zwiazalismy sie lina, czulabym sie znacznie lepiej, gdybym miala kogos w poblizu siebie. Zawolalam wiec: „Willi, poczekaj przeciez!” Najbardziej odczuwalam lek o to, ze moglabym poleciec i nikt by tego nawet nie zauwazyl.
[Wanda Rutkiewicz]
To zdjecie w polskich drukach publikowano kilka razy z podpisem „Wanda Rutkiewicz pokonuje Hillary Step”. Autorem jest Willi Klimek, zas ponizej alpinistki widnieje inna postac, zapewne Szerpy. Jak jednak wynika ze slow Wandy, na Uskoku Hillary'ego nie bylo za nia nikogo, kto moglby ja fotografowac, zreszta teren nie pasuje do tej formacji a na zdjeciu nie widac poreczowki, ktora 14 pazdziernika zawiesil na uskoku Hillmaier. Poprawny podpis zdjecie ma w „Taterniku” 1/1982 s.7.
W dalszej drodze oczywiscie juz nie spuszczamy sie z oczu. Wiatr od lewej sprawia, ze moja maska ulega od tej strony oblodzeniu – nagle odczuwam brak powietrza. Odsuwam maske troche od twarzy i zupelnie nie mam ochoty, aby doprowadzic ja do porzadku. Ide wiec dalej bez pomocy aparatury tlenowej. Czuje, ze szczyt jest juz calkiem blisko mnie i nie posiadam sie z emocji. Tak to juz jest, ze najpiekniejsza jest droga do celu, a nie sam cel; trud walki i uskrzydlajaca swiadomosc, ze czlowieka nic juz nie moze powstrzymac od realizacji zamierzenia, nawet brak tlenu.
Godzina 13.45: Osiagam szczyt! Jestem po prostu szczesliwa, tak szczesliwa, jak szczesliwy bylby pewnie kazdy inny czlowiek w tym momencie. W pierwszym odruchu, dziele moja radosc najpierw z Szerpami. Mingma, ktory uprzednio byl z wieloma wyprawami na Wierzcholku Poludniowym, teraz po raz pierwszy osiagnal szczyt glowny, i to calkowicie bez sprzetu tlenowego!
Podobnie stale usmiechniety Dorje. – Ang Kami wszedl na szczyt z pomoca tlenu. Wszyscy pracowali jednak wczesniej dla wyprawy ciezko i ofiarnie, zasluzyli wiec w pelni na swe sukcesy szczytowe. Gratulujemy sobie wzajemnie i obejmujemy sie troche nieporadnie, klepiemy sie przyjacielsko po kurtkach puchowych. Jednak na najwyzszym szczycie swiata nie ma zwyczajnie miejsca dla wzajemnych animozji. Sigi wydmuchuje mi lod z wlotu mojej maski, gratuluje mi i oswiadcza, ze nasze klotnie sa czyms zupelnie niewaznym.
Robert mowi: „No to do dziela, my obcokrajowcy kazmy sie sfotografowac z naszymi flagami narodowymi!” Wiatr wyrywa mi jednak z reki moj bialo-czerwony proporzec, ktory chcialam powiesic na czekanie. Robert mruczy cos w tym rodzaju, ze „takie rzeczy trzeba oczywiscie przygotowac wczesniej”. Ja wszakze jestem troche ostrozniejsza i nie zamierzam wyprzedzac wydarzen. W calym tym rozgardiaszu zapominamy ostatecznie o tym, by kazac sie sfotografowac. Zamiast tego oczywiscie zostaje zrobione zdjecie z zawsze kolezenskim i przyjacielskim Willim. Przyciskamy komicznie nasze maski do siebie tak, jakbysmy sie calowali. Wreszcie sciagamy maski i wtedy strzelam zdjecia roztaczajacego sie wokol jedynego w swoim rodzaju gorskiego swiata. Kamera filmowa nie wchodzi przy tym do akcji, gdyz juz przy zdjeciach na Uskoku Hillary'ego cos sie w niej zacielo.
Klade jeszcze na szczycie kamyk z Polski[3] i wtedy jest juz czas do powrotu. Ponownie balansuje na ostrej grani, tym razem w dol. Willi podaje mi kijek narciarski: „Wez jeden, w ten sposob idzie sie lepiej, niz z czekanem.” Tlenu wystarcza mi dokladnie do miejsca, gdzie zdeponowalismy nasze butle. Podlaczam moja stara butle i szczodrym gestem nastawiam przeplyw na 4 litry na minute. Teraz juz naprawde nie trzeba miec obaw, zapas z cala pewnoscia wystarczy az do obozu. Im nizej schodzimy, tym bardziej jestem szczesliwa, ale tez rownoczesnie wszystko wraca do normy. Nie zakladalam, ze radosc na szczycie chocby o grosz zmieni nasze wzajemne stosunki. No i wyszlo na moje. Na przeleczy moi towarzysze wyprawowi wypijaja cala przygotowana przez Diembergera herbate i dla mnie nie zostaje nic. Sigi jest do konca wyprawy raz po razie niewiarygodnie agresywny. Ciesze sie z sukcesu wyprawy i z mojego wlasnego. Sprawia mi radosc, ze Karl jako kierownik wyprawy mogl wywalczyc zwyciestwo, jakiego moze mu pozazdroscic kazdy.
Pozegnanie z wyprawa nie sprawilo mi trudnosci. Ale jesli nawet nie z wszystkimi sie pozegnalam, to nie powinno to byc odczytywane jako ostentacyjny gest – chodzilo o to, ze chcialam po prostu uniknac przykrych sytuacji.
Wanda Rutkiewicz w: Karl Maria Herrligkoffer:
Mount Everest ohne Sauerstoff, Bamberg 1979; s.70–82.

Przeklad z niemieckiego: Jozef Nyka
BHGS0000    12 (2003)
POLKA NA SZCZYCIE MOUNT EVERESTU
Polska ma szczescie zbierac rozne pierwszenstwa w tych dniach. Rzymskim katolikom dala Papieza, pierwszego spoza Wloch od 1552 roku. Swiatu kosmonautycznemu dala pierwszych polskich kosmonautow; pierwsza kobieta, ktora okrazyla swiat w lodzi byla Polka, a teraz, 16 pazdziernika 1978, pani Wanda Rutkiewicz stala sie pierwsza polska – i europejska – kobieta, ktora wspiela sie na szczyt Everestu. (Pani Rutkiewicz jest pierwsza osoba narodowosci polskiej, ktora osiagnela ten szczyt, gdyz do tej pory zaden Polak nie wspial sie na Mount Everest. Polska wyprawa na Mount Everest jest planowana na rok 1980).
Pani Rutkiewicz jest 35-letnim inzynierem elektroniki. Studia komputerowe skonczyla na Politechnice we Wroclawiu w roku 1965. Ma brata i siostre. Jej ojciec byl inzynierem sanitarnym. Ona stanowczo lubi poswiecac swoj wolny czas na wspinanie, nie moze jednak uczynic z wspinania pelnego zatrudnienia, poniewaz nie dawaloby to jej mozliwosci zapewnienia sobie srodkow do zycia. „W Polsce – mowi pani Rutkiewicz – wspinanie jest wciaz zabawa [hobby] a nie zawodem.”
Wracajac do swych przezyc wysokogorskich w Himalajach, pani Rutkiewicz powiedziala: „W drugim tygodniu pazdziernika, po przeszlo 6 tygodniach pracy przy trasowaniu naszej drogi ku szczytowi, bylismy o krok od kleski. Silny opad sniegu uwiezil nas w obozach i w bazie. Usuniecie szkod wyrzadzonych przez ten kataklizm zajelo nam szereg dni. Potem nadeszly wichury i spedzily z Przeleczy Poludniowej pierwszy zespol Francuzow. Wiekszosc z nas byla przygotowana do odwrotu. Ale cuda sie zdarzaja. 14 pazdziernika niespodzianie nadeszla piekna i bezwietrzna pogoda. Tego samego dnia pierwsi trzej alpinisci, Hubert Hillmayer, Sepp Mack i Hans Engl staneli o godzinie 4 po poludniu na szczycie. Kilka dni wczesniej wyruszyli oni w strone szczytu przy zlej pogodzie. Hans Engl osiagnal szczyt bez pomocy tlenu. Nastepnego dnia na szczyt weszli trzej Francuzi i Austriak. Szef francuskiego teamu, Pierre Mazeaud, ktory byl jednym ze szczesliwych zdobywcow, wyslal ze szczytu wypowiedz radiowa, ktora byla przekazywana bezposrednio do Paryza za posrednictwem bazy i satelity komunikacyjnego.”
„Moj dzien nadszedl 16 pazdziernika. Kilka dni wczesniej, kiedy pogoda byla bardzo zla, zaproponowalam naszemu kierownikowi, ze malym zespolem sprobowalibysmy zaatakowac sasiadujacy z Everestem szczyt Lhotse (8501 m), na ktorym wiatry nie bylyby tak okropne, jak na grani Everestu. Oboz II (6400 m) opuscilam wraz z Willim Klimkiem z mysla o wspinaczce na Lhotse. Ale kiedy osiagnelismy „trojke”, ustawiona na 7200 m na stokach Lhotse, pogoda zmienila sie na bardzo przyjemna. Niezwlocznie porzucilismy nasze plany i razem z inna dwojka (Niemiec z RFN i Szwajcar) podjelismy wspinaczke ku Przeleczy Poludniowej. Towarzyszyli nam Szerpowie. Na przeleczy wial paskudny wiatr. Noc poprzedzajaca finalny atak przespalismy w obozie czwartym uzywajac masek tlenowych. Dzieki tlenowi, moglam spac dobrze, aczkolwiek szarpane wiatrem sciany namiotu wydawaly ogluszajacy loskot. Para z naszych oddechow zamarzala i zamieniala sie w snieg, opadajacy na nasze twarze i na spiwory. Temperatura na zewnatrz wynosila -24*C.”
„Na sniadanie mielismy platki owsiane i kubek herbaty. To nie wystarczalo. W wysokich gorach nalezy pic duzo. Powietrze jest tak suche, ze odwodnienie postepuje szybko i pozbawia cie sil. Nie mielismy jednak czasu, by przygotowac wode. O godzinie 7.30 rozpoczelismy nasz marsz ku szczytowi, znajdujacemu sie 850 m wyzej anizeli oboz czwarty.”
„Az do Poludniowego Wierzcholka wspinaczka nie byla trudna. Droga byla stroma, ale znosna. Postepowalismy niezwiazani linami. Gran pomiedzy wierzcholkiem poludniowym a glownym jest bardzo waska, miejscami z bieda szeroka na stope. Po obu stronach tysiace metrow skalnych i snieznych otchlani. To tam dopiero ogarnal mnie strach. Po raz pierwszy zaczelam sie bac, ze strace rownowage. Stawialam stopy bardzo uwaznie, pamietajac, ze dzwigam 10-kilogramowy plecak, ze wieje wiatr a ja musze sie zatrzymac i wyjac kamere filmowa. Filmowalam moich towarzyszy jak wspinaja sie najtrudniejszym kawalkiem, nazywanym Uskokiem Hillary'ego [Hillary Step]. Z tego powodu pozostalam z tylu, sama jedna.”
„Samotnosc na wysokosci 8000 m nie jest przyjemna. Zawolalam Willi, zaczekaj! Piecdziesiat metrow od wierzcholka, aby sie nie udusic, musialam odchylic maske, poniewaz zalodzeniu ulegl jej wlot powietrzny. Osiagnelam szczyt dokladnie o 1.45 po poludniu. Tam zrzucilam maske i plecak. W ten sposob bylo latwiej przyjmowac gratulacje od kolegow i wzajemnie gratulowac im. Zimny wiatr zmusil mnie do nalozenia krotkiej kurtki i puchowych spodni. Az do grani szczytowej bylo tak cieplo, ze szlam bez kurtki i tylko w pojedynczych welnianych rekawicach[4].”
„Willi sfotografowal mnie z bialo-czerwona polska flaga i proporcem PZA. W tym zamieszaniu zapomnialam, gdzie jestem – na najwyzszym szczycie swiata. Oprzytomnialam i zaczelam rozgladac sie dokola. Z tej perspektywy wydaje sie, ze wszyscy ludzie sa sobie przyjaciolmi. Naturalne hierarchie wartosci zostaja przywrocone. Dobrze jest przypomniec sobie, ze te hierarchie istnieja. Byc moze cala istota alpinizmu tkwi w tym wlasnie.”
„Zaczelam odczuwac wplyw wysokosci i zalozylam z powrotem maske. Natychmiast poczulam sie lepiej. Obok mnie stali szczesliwi Szerpowie: Mingma, Dorje i Kami. Dwaj pierwsi weszli na szczyt nie korzystajac z tlenu. Podziwialam ich.”
„Nie moglismy sie sfotografowac, jak to czynily wczesniejsze wyprawy, na tle chinskiego triangulu, zainstalowanego na szczycie w r. 1975. Od tego czasu zniknal on calkowicie pod pokrywa sniegu. Zartowalismy, ze z jednej strony nie mamy potwierdzenia osiagniecia szczytu, ale z drugiej stoimy jakies trzy metry wyzej nad poziomem morza, anizeli udawalo sie to poprzednim zdobywcom Mount Everestu”
Wskaznik tlenu przypomnial nam, ze jest najwyzszy czas, by ruszac w dol. Bylo nam tak przykro rozstawac sie z gora, jak komus jest przykro zegnac sie z celem, do ktorego zdazal przez dlugi czas. Czy dzieje sie tak dlatego, ze ktos przywiazuje sie do swego celu, czy dlatego, ze nie ma przed soba nowego? Ja mam nowe cele, ale sa one raczej przyziemne. Z tej perspektywy normalnosc stanowi bardzo duza wartosc. Moim zajeciem w domu sa wszystkie te male zwyczajne obowiazki. Musze im poswiecic wiecej czasu. Wyprawy sa tak absorbujace i czasozercze. Ta wyprawa jest moja ostatnia, epilogiem wieloletniej pasji. Jestem szczesliwa, ze ten epilog ma tak piekne zakonczenie[5].”
Pani Rutkiewicz umiescila na szczycie flage polska i proporzec PZA, a takze kamyk zabrany z polskich skalek treningowych – okruch skaly, symbolizujacy droge od najmniejszego do najwyzszego.
[Wanda Rutkiewicz]
Pogadanka w polskim osrodku w New Delhi podczas powrotu z Nepalu. Wanda opowiada o swoim spotkaniu z Gasherbrumami.
Pani Rutkiewicz jest doswiadczonym wspinaczem. Wyprawa na Everest byla jej szosta podroza w najwyzsze gory swiata. Przed wejsciem na Everest weszla na trzy szczyty wyzsze niz 7000 m. Gasherbrum III w pasmie Karakorum – 7952 m (w 1975, pierwsze wejscie), Noshaq w Hindukuszu – 7492 m (w 1972) i Pik Lenina w Pamirze – 7134 m (w 1970). Byla kierowniczka polskiej wyprawy w Gasherbrumy, ktora weszla na Gasherbrum II (8035 m) w 1975 i ustanowila europejski rekord wysokosci w alpinizmie kobiecym, obowiazujacy do 16 pazdziernika.
Na poczatku tego roku, pani Rutkiewicz i jej kolezanki-alpinistki staly sie pierwszym zespolem kobiecym, ktory pokonal w zimie polnocna sciane Matterhornu w Alpach. Ona takze byla pierwsza kobieta, ktora przeszla polnocny filar Eigeru w r. 1973 i filar Trollryggen w Norwegii w 1968. Byla jednym z zastepcow kierownika grupy zachodnioniemieckiej, w ktorej sklad oprocz Niemcow z RFN i jej samej wchodzil jeszcze alpinista szwajcarski. Zostala zaproszona do udzialu w wyprawie przez kierownika grupy zachodnioniemieckiej, p. Karla Herrligkoffera, ktory byl pod wrazeniem jej wczesniejszych osiagniec w gorach Karakorum i w alpinizmie zimowym w Alpach. Oprocz grupy p. Herrligkoffera, wyprawa obejmowala takze zespol francuski, ktorym kierowal byly minister sportu Francji, p. Pierre Mazeaud. W gronie alpinistow francuskich byl tez wspinacz austriacki. Wyprawa byla niezwykle udana i ustanowila nowy rekord swiata, wprowadzajac na szczyt az 16 alpinistow – w 4 osobnych rzutach, wszystko z Przeleczy Poludniowej. Trzej zwyciescy wspinacze – dwaj Szerpowie i Niemiec z RFN – aby wejsc na szczyt nie uzywali tlenu. Pani Rutkiewicz ustanowila nowy europejski rekord kobiecy[6].
„Polish Facts on File” nr 390, November 1978 s.10–11.
Nieco wczesniej: „World Science News Weekly”
Vol.XV nr 42, 22nd November, 1978 s.2–3.
Przeklad z angielskiego: Jozef Nyka
PRZYPISY
 1.  Niestety, od flanki Lhotse (oboz III) az do szczytu, z wyjatkiem 15 metrow Hillary Step, Wanda nie filmowala zupelnie nic – ani z dojscia do obozu IV, ani w tym obozie – rowniez nic z podejscia do Wierzcholka Poludniowego. Nikt by jej w tym nie ograniczal, materialu filmowego bylo pod dostatkiem we wszystkich obozach. [Przypis K.M. Herrligkoffera]
 2.  O tym incydencie Hupfauer napisze nie bez uszczypliwosci: „Dorje i Mingma niosa dla Wandy tlen az do Poludniowego Wierzcholka! Inaczej kobieta raczej nie ma realnej szansy na szczycie o takich wymiarach.”
 3.  Byl to kamyk przekazany Wandzie przez Irene Kesowne, a przywieziony ze Skalek Rzedkowickich, gdzie kiedys razem sie wspinaly.
 4.  Czytelnicy publikacji himalajskich juz dawno temu zauwazyli, ze na zdjeciach z podejscia Wanda ma na sobie stroj zolty zas na tych ze szczytu – ciemnoniebieski. Tu wyjasnia sie ta zmiana.
 5.  Czy Wanda rzeczywiscie miala takie mysli, czy tez bylo to nieporozumienie wynikle z wielowatkowej rozmowy? Ani jej wypowiedzi, ani pozniejsze publikacje nie potwierdzaja szczerego zamiaru wycofania sie z alpinizmu wyprawowego, choc po Everescie miala na czas pewien „dosc gor”.
 6.  Byl to gorski rekord wysokosci „po wsze czasy” nie tylko dla Europy, ale dla wszystkich pan pochodzacych spoza Azji.
BHGS0000  THIRD WOMAN ON MOUNT EVEREST 12 (2003)
Wanda Rutkiewicz, an outstanding Polish woman-alpinist, ascended Mount Everest on October 16, 1978. She was the third woman and the first European one to reach the summit, after the Japanese Junko Tabei and Chinese Phanthog, both in May, 1975.
[Wanda Rutkiewicz, Junko Tabei, Phanthog]
Trzy pierwsze zdobywczynie Everestu spotkaly sie latem 1979 w Chamonix. U dolu kartki podpis Tybetanki Phanthog.
Thus Wanda Rutkiewicz established an absolute altitude record for all extra-Asian climbing women. She was member of the German portion of the German-French expedition, led jointly by Dr Karl M. Herrligkoffer and Pierre Mazeaud. She was invited to take part in the expedition by the German leader, who was impressed by her earlier achievements in the Karakoram and in the winter mountaineering in the Alps. In early September the full team met at Base Camp (5350 m). Wanda’s climbing ethics were of high standard and in the mountains she wished to compete with men on equal terms. “Each climber, man or woman, had to carry 75 kilos from Base Camp to Camp II at 6450 m (K.M. Herrligkoffer).” The weather remained unsettled. They had a bad storm with heavy snowfall on October 5 and 6, later windy days followed. The situation became critical and the expedition was within a step of defeat. Wanda and Willi Klimek decided to change their plans and to attempt Lhotse (8511 m). Luckily, the weather cleared and the storm miraculously subsided. On October 16 Hupfauer’s team started from South Col at 7.30 a.m. and proceeded quickly up the ridge towards the top of Mount Everest (8848 m). At 1.30 – 1.45 p.m. under cloudless sky Siegfried Hupfauer, Swiss Robert Allenbach, Wilhelm Klimek, Polish Wanda Rutkiewicz and Sherpas Ang Kami II, Mingma and Ang Dorje reached the summit, the last two without oxygen apparatus. The expedition was highly successful putting as many as 16 climbers on the summit in 4 separate bids. Wanda realized her old dream, a dream of every expeditionary mountaineer. A nice historical coincidence was, that the same day in Rome Karol Wojtyla from Poland was elected Pope.
This booklet includes two accounts. The first of them, written by Wanda Rutkiewicz, was published as a short chapter in Karl Herrligkoffer’s book “Mount Everest ohne Sauerstoff” (1979). The socond one, written by the Indian journalist R.D. Kuchhal, appeared in New Delhi in the weekly “World Science News” (November 22nd, 1978) and was reprinted by the monthly “Polish Facts on File” (New Delhi, November 1978).
October 16th, 1978 remains a big date in the history of Polish conquest of the high Himalayan peaks and in the history of European feminine climbing as well.
Jozef Nyka