JERZY WESOLOWSKI
Tadeusz Jacobi
i cwierc wieku PKG
 
[Tadeusz Jacobi]
Tadeusz Jacobi
  

Copyright (c) 2005 by Jozef Nyka


Prof. Jerzy Wesolowski napisal swoje wspomnienie pod koniec zycia (zmarl 13 grudnia 1993) – ostatnie poprawki robil reka, ktora z trudem juz prowadzila dlugopis. Do tekstu dolaczyl dwie spisane z nagran wypowiedzi towarzyszy Tadeusza Jacobiego z lat wojny (do druku nieznacznie skrocone). Nie maja one zadnych odniesien gorskich, warte sa jednak utrwalenia (chocby tylko w naszej skromnej BH) ze wzgledu na zawarty w nich obraz nielatwej, a czesto tragicznej mlodosci odchodzacego dzisiaj pokolenia. Najlepszym osiagnieciem tatrzanskim Tadeusza Jacobiego bylo przejscie w 3-osobowym zespole grani Tatr Polskich w r.1955. W Kaukazie wszedl w r. 1960 m.in. na Sulachat (3400 m), a w 1962 na Elbrus (5633 m) i na Dzantugan (3991 m). Teksty wspomnien poprzedzamy jego zwiezlym biogramem, wyjetym z niezastapionej "Wielkiej Encyklopedii Tatrzanskiej" Zofii i Witolda Paryskich. O gorskich dokonania Tadeusza jest w nim niewiele, ale tez nie wyczynami w skale i lodzie zapracowal on sobie na nasza pamiec. (J. Nyka)
[odznaka PKG]
TADEUSZ JACOBI
Urodzony 1918 w Osieku, zmarl 17 IV 1984 w Warszawie, pochowany na cmentarzu w Wawrzyszewie. Turysta, taternik, alpinista, ekonomista (dr, doc.), wieloletni pracownik Osrodka Badawczego Ekonomiki Transportu Ministerstwa Komunikacji. W czasie II wojny swiatowej pod okupacja niemiecka byl podporucznikiem AK; w 1944 aresztowany przez wladze radzieckie i osadzony w obozie pod Murmanskiem, skad wrocil do Polski w 1946. Zamilowany turysta gorski, dzialacz Oddzialu Warszawskiego PTTK, potem Komisji Turystyki Gorskiej ZG PTTK, przodownik GOT na wszystkie pasma gorskie w Polsce. W 1957 inicjator i wspolzalozyciel Klubu Turystow Gorskich, przemianowanego w 1966 na Polski Klub Gorski; 1958–78 byl prezesem KTG i PKG. Kierowal pierwsza wyprawa KTG w Alpy Julijskie w 1959. Uczestniczyl w wyprawach KTG w Kaukaz w 1960 i 1962 (wszedl m.in. na Elbrus 5633 m).
Tadeusz Jacobi jest autorem artykulu programowego Nasza gorska droga, ogloszonego w 1959 w jednodniowce rocznicowej KTG. Przygotowal tez duza prace o dzialalnosci PKG, ale opublikowal tylko jej skrot: 15 lat Polskiego Klubu Gorskiego ("Wierchy" 41, 1972 s.223–226). Rowniez jego autorstwa jest wstep do ksiazki zbiorowej Kangbachen zdobyty (Warszawa 1977). Nadano mu czlonkostwo honorowe Polskiego Klubu Gorskiego.
"Wielka encyklopedia tatrzanska" 1995
 

BHGS0000    16 (2005)
Jerzy Wesolowski
TADEUSZ JACOBI
i cwierc wieku PKG
Tadzia Jacobiego poznalem w drugiej polowie 1946 roku, kiedy to zaczynalismy nasza krotkotrwala dzialalnosc w Bratniej Pomocy stowarzyszenia studentow Wyzszej Szkoly Handlu Morskiego. Nosilismy wtedy mundury oficerow administracji morskiej, jako ze pracowalismy w Glownym Urzedzie Morskim – on w Biurze Portowym w Gdyni, a ja w Biurze Portowym w Gdansku. Nic wiec dziwnego, ze nawiazala sie miedzy nami od razu blizsza znajomosc, mimo iz nie bylismy na tym samym roku studiow. Rozmowy nasze toczyly sie zazwyczaj na tematy zawodowe, nie byly to bowiem czasy, ktore sprzyjalyby glebszym osobistym wynurzeniom. Stad tez nie znalismy swojej niedawnej przeszlosci.
A Tadzio mial piekna przeszlosc okupacyjna i tragiczne przezycia bezposrednio po wojnie, co w sumie niechetnie bylo widziane przez owczesnych kadrowcow. Jak sie ostatnio dowiedzialem od jego okupacyjnych kolegow, Tadeusz Jacobi jako podporucznik AK dzialal w ruchu oporu w powiecie wegrowskim od konca 1941 roku – do zajecia tych terenow przez Armie Czerwona. W drugiej polowie 1944 roku zostal zeslany do lagru kolo Murmanska, skad powrocil do Polski w koncu marca 1946 roku.
Po moim przeniesieniu sie w marcu 1949 roku z Wybrzeza do Warszawy utracilismy przejsciowo z soba kontakt – do czasu zjawienia sie Tadeusza w Warszawie, jako pracownika Ministerstwa Zeglugi. I znow zlaczyly nas najpierw sprawy zawodowe, gdyz ja zajmowalem sie m.in. problematyka dewizowa uslug morskich w Departamencie Zagranicznym Narodowego Banku Polskiego.
Zgadalismy sie tez szybko na temat wspolnej naszej pasji – gor. Od poczatku lat piecdziesiatych zaczalem kazdy urlop spedzac na wedrowkach gorskich, skrzetnie zbierajac punkty na Gorska Odznake Turystyczna GOT. Tadeusz byl dzialaczem PTTK, widzial jednak braki tej organizacji w postaci nadmiernego administrowania ruchem turystycznym, a Komisja Turystyki Gorskiej PTTK, mimo dobrych checi nie zalatwiala wszystkiego. Narzekalismy z Tadziem na sytuacje istniejaca w warszawskim ruchu turystyki gorskiej.
Ktoregos dnia w 1957 roku zaprosil mnie na zebranie ludzi zainteresowanych zmiana tej sytuacji. To byl, jak mi sie wydaje, prolog do powstania Klubu Turystow Gorskich. Tadek Jacobi chcial stworzyc organizacje oparta tylko na dzialalnosci spolecznej, ulatwiajacej realizacje indywidualnych inicjatyw w zakresie szeroko rozumianej turystyki gorskiej. Miala ona zawierac w sobie takze elementy taternictwa, ale rozniacego sie od kierunku reprezentowanego przez Klub Wysokogorski, w ktorym wartosc mial przede wszystkim wyczyn. Tadek i ludzie jemu podobni widzieli w technice wspinaczkowej srodek pozwalajacy dotrzec do celu, a nie bedacy samym celem. Nie chodzilo im bowiem o sukcesy sportowe, lecz raczej o przezycia zwiazane z osiaganiem szczytow gorskich, moze troche w stylu mlodopolskim.
Tadek byl swego rodzaju romantykiem gor. Szukal w nich odprezenia, oderwania sie od codziennej szarzyzny zycia w wielkich miastach, szukal kontaktu z przyroda. Szczegolnie umilowal sobie przy tym gory "zielone", a w nich Beskid Zywiecki, uwazajac, ze to serce tej krainy. Tam czul sie najlepiej. Nie chcial tez masowosci, jaka sila rzeczy wystepowala w PTTK. Stad tez idea bylo powolanie do zycia organizacji, ktora bylaby swego rodzaju trzecia sila, zapelniajaca luke miedzy masowoscia turystyki gorskiej w ujeciu PTTK, a elitarnoscia sportowego taternictwa Klubu Wysokogorskiego.
Z tymi ideowymi zalozeniami Tadka Jacobiego zgodzilo sie kilkanascie osob i one odbyly w dniu 14 grudnia 1957 roku zebranie zalozycielskie organizacji, ktora przyjela nazwe Klubu Turystow Gorskich w Warszawie. Przedyskutowano tez koncepcje dzialalnosci i statut Klubu.
Dnia 20 lutego 1958 roku odbylo sie – przy udziale 60 osob – pierwsze Walne Zgromadzenie, ktore uchwalilo statut i wybralo wladze z Tadkiem Jacobim jako prezesem. Teraz nalezalo tylko uzyskac akceptacje wladz na dzialalnosc nowej organizacji, a to nie bylo latwe. Trzeba bylo przekonac decydentow, ze choc KTG nie miesci sie w dotychczasowym schemacie organizacyjnym turystyki w kraju, to jednak jest na niego spoleczne zapotrzebowanie. I tak dnia 18 kwietnia 1958 roku Prezydium Rady Narodowej m.st. Warszawy zarejestrowalo Klub Turystow Gorskich, co oznaczalo uzyskanie osobowosci prawnej. Mogla sie wiec rozpoczac normalna dzialalnosc Klubu w oparciu o szybko zwiekszajaca sie liczbe czlonkow. Musieli oni wykazac sie znajomoscia co najmniej dwu pasm gorskich w Polsce i miec za soba dorobek w turystyce gorskiej. To byl pierwszy stopien – czlonek uczestnik – Aby stac sie czlonkiem zwyczajnym ze wszystkimi prawami, trzeba bylo wykazac sie praca w Klubie i udzialem w imprezach klubowych. Wprowadzil tez Tadzio przyjemny zwyczaj po przyjeciu do Klubu mowienia sobie po imieniu.
Specjalna troska kierownictwa Klubu pod jego przewodnictwem bylo zapewnienie odpowiednich dotacji, umozliwiajacych szersza dzialalnosc. W tym zakresie Klub bardzo wczesnie zwiazal sie ze sportem zwiazkowym, a konkretnie z Federacja Sportowa "Sparta", uzyskujac jej opieke i dofinansowanie. Klub stal sie wiec pierwszym zwiazkowym klubem turystycznym. Nie mniej wazne dla istnienia Klubu bylo zdobycie jakiegokolwiek lokalu dla sekretariatu. Dzieki staraniom i kontaktom Tadka, po dwu latach tulaczki uzyskano pokoj w domu Cechu Rzemiosl Skorzanych przy ul. Waski Dunaj 10. Klub mial nareszcie stala siedzibe.
W orbite dzialalnosci Klubu Tadek bardzo szybko, bo juz w roku 1959, wciagnal Piotra Mloteckiego, ktory od razu stal sie jego prawa reka, przejmujac szereg zadan i zastepujac go w wielu pracach, a takze wystepujac z coraz to nowymi inicjatywami. Rowniez i mnie Tadek zaczal coraz czesciej wykorzystywac, gdy tylko zaczely w Klubie wystepowac problemy dewizowe, zwiazane z wyjazdami zagranicznymi czlonkow. Formalnie zostalem przyjety do Klubu w roku 1961, a w 1964 wybrano mnie do Rady Klubu i powierzono mi obowiazki skarbnika, ktorym bylem przez wiele lat.
Szybko zaczela rozwijac sie normalna praca klubowa, a wiec przede wszystkim organizowanie wyjazdow krajowych i zagranicznych. Zgodnie z zalozeniami, cala dzialalnosc opierala sie na indywidualnych inicjatywach. Mozna powiedziec, ze haslem bylo "sami dla siebie organizujemy to, co chcemy i mozemy", nie czekajac az ktos z zewnatrz da nam gotowe propozycje wyjazdowe. To byla podstawa rozwoju Klubu. Efekty nie daly na siebie dlugo czekac. Imprezy realizowane byly jedne za drugimi, poczynajac od pierwszego roku istnienia Klubu. Juz od 1959 r. zaczeto organizowac coroczne rajdy majowe w rozne pasma naszych "gor zielonych". Weszly one do trwalej tradycji Klubu, raz bardziej, raz mniej liczne.
Ilez to wspomnien laczy sie z tymi rajdami i udzialem w nich Tadka. Oj, dawal on nam nieraz szkole, bo chodzil bardzo szybko. Umial tez jednak dlugo pozostawac w miejscach atrakcyjnych widokowo, czy wstawac o 4 rano, by wejsc na Babia Gore dla podziwiania wschodu slonca, badz tez poznym popoludniem wyjsc z Przegibku na Mala i Wielka Bendoszke, by popatrzec na zachod slonca i na piekna wieczorna panorame Beskidu Zachodniego i fragmentu Tatr.
Dzieki powiazaniu Klubu ze zwiazkami zawodowymi, poprzez F.S. "Sparte" udalo sie nawiazac kontakt z Sekcja Alpinizmu Wszechzwiazkowej Rady i uzyskac zaproszenie na Kaukaz dla 15 osob w polowie 1960 roku. Tadzio, biorac udzial w tym wyjezdzie, zrealizowal swoje marzenie o wyprawie w gory lodowcowe. To bylo urzeczywistnienie jego hasla "przez gory zielone do gor lodowcowych", jako ostatecznego wtajemniczenia czlowieka gor. Pelnie tego wtajemniczenia posiadl w polowie 1962 roku, kiedy to wraz z innymi czlonkami wyprawy kaukaskiej wszedl na Elbrus (5633 m). Z tego osiagniecia byl niezwykle dumny. Wszedl tez wtedy w wiekszej grupie zachodnia grania na Dzantugan (3991 m – 24 lipca 1962).
Te pierwsze wyjazdy pozwolily na zawarcie umowy o bezdewizowej wymianie grup polskich i radzieckich alpinistow. Bylo to bardzo duze osiagniecie, jako ze otworzylo gory Zwiazku Radzieckiego dla czlonkow Klubu. Takim rozwiazaniem nie mogl sie pochwalic zaden klub w Polsce. Bylo to wiec sola w oku innych naszych organizacji gorskich.
Mialo to tez zasadnicze znaczenie dla dalszego rozwoju Klubu, wrecz wyznaczalo dalszy jego kierunek. Wyjazdy na Kaukaz wymagaly bowiem juz duzych umiejetnosci alpinistycznych nie tylko w skale ale i w lodzie. Nic wiec dziwnego, ze rozpoczal sie intensywny rozwoj Sekcji Alpinizmu w Klubie. Magnesem byl Kaukaz. Wladze Klubu z Tadkiem na czele staraly sie nadal przyjmowac na czlonkow ludzi, ktorzy akceptowali wypracowane kiedys zalozenia ideowe, choc zdarzaly sie przypadki przyjmowania taternikow chcacych tylko wyjezdzac na Kaukaz.
[Po zejsciu ze Szchary]
Po zejsciu ze Szchary. Od lewej: Gierek Malaczynski, Piotr Mlotecki i Jurek Milewski.
Fot. Andrzej Skupinski
Udalo sie tez Klubowi nawiazac kontakty z organizacja "Naturfreunde", co umozliwialo wyjazdy do Austrii, a nastepnie pozwolilo na zawarcie umowy bezdewizowej o wymianie grup ze szwajcarskim oddzialem tej organizacji. Klub dokonywal rowniez wymiany turystow z wloska organizacja. Dla czlonkow Klubu, i to turystow, w latach szescdziesiatych otworzyly sie wiec mozliwosci wyjazdow w Alpy Wloskie i Szwajcarskie.
Szybko mijal czas i ani obejrzelismy sie, jak przyszlo nam swiecic 5-lecie istnienia Klubu. Dnia 14 grudnia 1963 roku odbylo sie Walne Zgromadzenie, na ktorym przyznano pierwsze wyroznienia Dziewiecsilem, ktore m.in. otrzymal Tadzio Jacobi. Nastepowal dalszy rozwoj Klubu. Nie wszystko jednak przebiegalo bezawaryjnie. Zmiany w organizacji naszego sportu i likwidacja federacji sportowych pozbawila nas patrona. I znow interwencyjne rozmowy, w ktorych wyniku od 1965 r. znalezlismy sie pod opieka Wojewodzkiej Komisji Zwiazkow Zawodowych i Zarzadu Okregowego Zwiazkow Zawodowych Pracownikow Przemyslu Spozywczego i Cukrowniczego – chyba dlatego, ze Piotr Mlotecki – wiceprezes, byl czlonkiem tego zwiazku. Przyjaznie beda nas tez widziec w Krajowej Federacji Sportu i Turystyki CRZZ.
Tadzio, ktory chadzal wlasnymi drogami i niewiele mowil o swym zyciu prywatnym, w 1966 r. zrobil nam niespodzianke, zawiadamiajac nas, ze w dniu 8 lipca odbedzie sie jego slub z p. Zofia Pawlak. Wielkie poruszenie w Klubie, bo znalazl sobie towarzyszke zycia spoza kregu klubowego. W tym tez roku zmienil zatrudnienie, poswiecajac sie pracy naukowej w Osrodku Badan Ekonomiki Transportu Lotniczego. Wkrotce obronil prace doktorska.
W drugiej polowie r. 1966 wladze administracyjne wyrazily zgode na zmiane statutu i nazwy naszego zrzeszenia na Polski Klub Gorski. Troche bylo mi zal starej nazwy, ale Tadek przekonywal, ze w kraju powstalo kilka klubow turystow gorskich, a poza tym nazwa ta nie jest juz odpowiednia dla trojsekcyjnej struktury organizacyjnej Klubu (sekcje Alpinizmu, Turystyczna i Narciarska), deprecjonujac w pewnej mierze osiagniecia alpinistyczne naszej organizacji. A Polski Klub Gorski to brzmi dumnie.
Klub bowiem wyplywal na coraz szersze wody. W koncu roku 1966 rozpoczal organizacje pierwszej polskiej wyprawy w Altaj Mongolski. Byla to juz prawdziwa wyprawa eksploracyjna, majaca ambitne cele zdobywania dziewiczych szczytow. Odbyla sie ona w dniach od 11 lipca do 5 wrzesnia 1967 roku, a jej plonem byly pierwsze wejscia na 14 szczytow powyzej 4000 metrow.
Lata biegly nieprzerwanie. Kolejne walne zgromadzenia i kolowrotek ludzi w Radzie Klubu. Jedni odchodzili, inni przychodzili. Trwali Tadek Jacobi jako prezes i Piotr Mlotecki jako wiceprezes. Ten tandem byl motorem dzialan. Powtarzaly sie tez w Radzie nazwiska: Jerzego Stanucha, Aliny Podgorskiej, Janiny Robakiewicz, Jerzego Wesolowskiego. Trzeba nieskromnie stwierdzic, ze w Klubie pod przewodnictwem Tadzia nie braklo smialych, nawet bardzo smialych pomyslow. Specjalista w tym zakresie byl Piotr Mlotecki. W koncu 1972 roku wysunal projekt zorganizowania I Polskiej Wyprawy w Himalaje Nepalu. Tam nas jeszcze nie bylo. Wybrano jako cel nie zdobyty jeszcze szczyt Kangbachen (7902 m). Zawiazal sie komitet organizacyjny, ktory zaczal zdobywac krajowe szczyty wladz dla uzyskania pomocy finansowej – zlotowej i dewizowej – i starac sie o zezwolenie Nepalu na atak. Wiele zdrowia stracilo kierownictwo Klubu, ale wreszcie w marcu 1974 roku 15 smialych pod kierunkiem Piotra Mloteckiego ruszylo na podboj Himalajow. Dlugo bylo cicho, az wreszcie radosna nowina, ze 26 maja 1974 roku dziewiczy Kangbachen zostal zdobyty, a tym samym ustalono nowy rekord pierwszego wejscia polskich alpinistow, a to juz sie liczylo – co najmniej w krajowej konkurencji.
[Zdobywcy na szczycie Kangbachena]
Zdobywcy na szczycie Kangbachena.
Fot. Zbigniew Rubinowski
Pozno zaczeli Polacy eksploracje Himalajow ale od razu znaczacym osiagnieciem. Prezes udzielal wywiadow, chwalac kierownika i uczestnikow wyprawy. Cieszyl sie ze skladanych gratulacji. Bylo to piekne uczczenie 15-lecia istnienia Klubu. Ten wynik zostal tez uhonorowany przez wladze. Dnia 15 lutego 1975 roku w siedzibie CRZZ wreczono zalozycielowi Klubu i dlugoletniemu prezesowi Tadeuszowi Jacobiemu Krzyz Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Piotrowi Mloteckiemu – Srebrny Krzyz Zaslugi, a Wojciechowi Branskiemu i Waldemarowi Olechowi – Brazowe Krzyze Zaslugi. Cala historia wyprawy zostala pieknie opisana w ksiazce "Kangbachen zdobyty" (Wyd. Sport i Turystyka) ze wstepem Tadeusza Jacobiego.
Mimo tych osiagniec, w 1976 roku Klub znow znalazl sie w opalach organizacyjnych. Sport nasz przechodzil bowiem kolejna reorganizacje. Zwiazki Zawodowe przestaly finansowac dzialalnosc sportowa, a tym samym klub zostal pozbawiony przez caly rok 1977 doplywu dotacji. Nieco wczesniej, bo w r. 1974, powolano do zycia Polski Zwiazek Alpinizmu, jako swego rodzaju federacje klubow. Polski Klub Gorski pod przewodnictwem Tadeusza Jacobiego byl z poczatku w pewnej opozycji co do formy przeprowadzenia tej zmiany. Ostatecznie musial jednak zgodzic sie, ze Sekcja Alpinizmu PKG stanie sie czlonkiem PZA i w tym zakresie bedzie mu podlegala w swojej dzialalnosci.
W tym tez czasie zaczelismy myslec o adaptacji na cele klubowe zabytkowych piwnic w domu Cechu Rzemiosl Skorzanych, w ktorym miescila sie nasza siedziba. Plany byly robione pod nadzorem Wlodka Wojnowskiego, ustalano kosztorysy. Otwarcie nastapilo w kwietniu 1979 roku.
Wchodzila tez w ostatnie stadium przygotowan nowa wyprawa, noszaca oficjalna nazwe III Polskiej Wyprawy w Himalaje, z ambitnym celem zdobycia do tej pory dziewiczego wierzcholka Kangczendzongi Poludniowej (8490 m). W tej sytuacji potrzeby finansowe Klubu byly ogromne. Dzieki jednak przychylnemu stanowisku kierownictwa GKKFiT, wszystkie nasze problemy zostaly rozwiazane. Klub uzyskal nowego opiekuna, dotujacego dzialalnosc, a mianowicie Wydzial Kultury Fizycznej i Turystyki m.st. Warszawy. Otrzymalismy zasadnicza pomoc finansowa na wyprawe z GKKFiT oraz srodki na remont piwnic z Centralnego Funduszu Turystyki. Dzieki przychylnosci Ministerstwa Finansow zalatwione tez zostaly pomyslnie srodki dewizowe na wyprawe.
Ruszyla wielokierunkowa praca w Klubie, w nieszczegolnej jednak atmosferze. Zaczelo coraz czesciej dochodzic do spiec w Radzie Klubu. Mielismy do siebie wzajemnie pretensje. Trudnosci, ktore trzeba bylo pokonywac, przyczynialy sie do naszego zdenerwowania. Niemniej jednak wielka, 25-osobowa wyprawa ruszyla z poczatkiem 1978 roku. Rezultatem jej bylo zdobycie w dniu 19 maja 1978 r. Kangczendzongi Poludniowej (Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wroz) oraz 22 maja 1978 – Kangczendzengi Srodkowej, mniej wiecej o tej samej wysokosci (Wojciech Branski, Kazimierz W. Olech i Zygmunt A. Heinrich). Nowy absolutny rekord Polski na niezdobytych wierzcholkach. Absolutny, bo nie do pobicia – chodzilo przeciez o ostatnie najwyzsze szczyty do tej pory dziewicze.
[Bylo to jedno z najswietniejszych osiagniec alpinizmu – nie tylko polskiego. Oba szczyty o zaledwie 100 m nizsze od legendarnego K2, oba porownywalne z nim pod wzgledem trudnosci. Na liscie najwyzszych wierzcholkow swiata zajmuja ex aequo 5. miejsce. Pierwsze wejscia! Poklosiem wyprawy bylo kilka ksiazek, wydanych takze w jezykach obcych. Red.]
I znow gratulacje na rece prezesa Tadzia Jacobiego jak rowniez kierownika wyprawy Piotra Mloteckiego. Odznaczenia resortowe i zwiazkowe, w tym takze dla Tadzia.
[Tadeusz Jacobi]
Tadeusz Jacobi.
Fot. Jozef Nyka
Dwadziescia lat pracy minelo w Klubie, przyszlo nowe, mlode pokolenie czlonkow, majace przede wszystkim ambicje alpinistyczne. Narastala zupelnie niezauwazalnie opozycja wobec pierwotnych zalozen Klubu – przez gory zielone w gory skaliste i lodowcowe. Mlodziez chciala przeskoczyc etap gor zielonych. Nasilaly sie konflikty. Efektem bylo odejscie na poczatku 1979 roku Tadzia Jacobiego od prezesowania i aktywnej dzialalnosci w Klubie.
25-lecie Klubu i uchwala Walnego Zgromadzenia o nadaniu Tadeuszowi Jacobiemu, jako pierwszemu, tytulu honorowego czlonka PKG. Z tej okazji w grudniu 1984 roku odbylo sie zebranie najstarszych czlonkow, w tym kilku czlonkow zalozycieli. Piotr Mlotecki wreczyl Tadeuszowi Jacobiemu Medal Zlotego Dziewiecsilu i dyplom czlonka honorowego, z ktorego byl chyba zadowolony, bo stanowilo to wyraz uznania dla jego pracy dla Klubu. Postanowilismy zalozyc kolo "emerytow" klubowych. Tadek zaakceptowal projekt i postanowil wlaczyc sie do pracy. Nikt z nas, uczestnikow tego wieczoru wspomnien nie przypuszczal, ze zaledwie kilka miesiecy pozniej bedziemy odprowadzali Tadzia na Cmentarz Wawrzyszewski. Tworca i wieloletni prezes PKG zmarl 17 kwietnia 1984 roku.
BHGS0000    16 (2005)
RUCH OPORU I ZESLANIE
Nagrania magnetofonowe wspomnien p. Mariana Kowalskiego, ur. w 1917 r., lesnika, kaprala podchorazego, pseudonim "Sylvan" oraz p. Wiacka, ur. w 1911 r., porucznika AK, pseudonim "Kruk" – dotyczace wspolnych przezyc z Tadeuszem Jacobim, podporucznikiem AK, pseudonim "Selim", w okresie dzialalnosci podziemnej w czasie okupacji w powiecie wegrowskim.
 
Mowi p. Marian Kowalski
 
Po kampanii wrzesniowej i wysiedleniu z Lodzi, los rzucil mnie do Starej Wsi kolo Wegrowa, do ktorej przyjechalem w lutym 1940 r. na zaproszenie mego kolegi z Wydzialu Lesnego, Andrzeja Ciesli. Kolega ten byl u swego ojca, lesniczego w majatku Radziwilla. Bezposrednio po przyjezdzie wprowadzil mnie do pierwszej podziemnej organizacji na tym terenie – Korpusu Obroncow Polski (w skrocie KOP). Nastepnie sciagnalem do Starej Wsi do nadlesnictwa swoich kolegow: Dembrycha, Pelca, Krajewskiego. Tak, ze obsadzilismy 80% stanu osobowego nadlesnictwa mlodymi chlopakami, przewaznie kawalerami. Wszyscy nalezeli do ruchu oporu. W pewnym okresie komendantem w Wegrowie byl Edmund Zarzycki, ktorego Niemcy aresztowali pozniej i rozstrzelali. Poczatkowo pracowalem jako robotnik lesny, gajowy, a po smierci ojca mego przyjaciela – jako lesniczy.
Pewnego dnia w koncu 1941 roku, wstepujac do biura nadlesnictwa, widze siedzacego mlodziana lekko lysawego. Kto to jest? A pan Tadeusz Jacobi, kasjer nadlesnictwa. Naturalnie w tamtych czasach nikt nie wypytywal nikogo o szczegoly zyciorysu. Stad nie bylo wiadomym, jakimi drogami i dlaczego trafil pan Jacobi do nadlesnictwa, bo on sam o sobie nigdy nic nie mowil. Byl bardzo skromnym milym czlowiekiem. Widac jednak bylo, ze wiedzial, co chcial wiedziec i wiedzial, co robil. Dopiero po ladnych kilku miesiacach zorientowalem sie, ze on takze nalezy do ruchu oporu. W domu nad stawem mial swoj pokoik i w nim odbywaly sie nasze spotkania, m.in. z Wolskim, komendantem obwodu.
[xxx]Tadzio Jacobi w konspiracji na naszym terenie dzialal dwukierunkowo. Byl zastepca komendanta lotniska w Tonczy kolo Starej Wsi (komendantem byl p. Wiacek), majac za zadanie nie tylko opanowanie lotniska we wlasciwym czasie, ale i przygotowanie planow jego wykorzystania. Rownoczesnie prowadzil gleboko zakonspirowana prace wywiadowcza. To byla bardzo niebezpieczna praca. W tym zakresie kontaktowal sie z mieszkajacym w Borzychach kapitanem z kontrwywiadu czy "dwojki" Brzeskim, pseudonim "Aleksander". Tadek, siedzac w nadlesnictwie przy telefonie, znajac m.in. jezyk niemiecki, mial wglad we wszystkie sprawy i mogl przejmowac meldunki. Mogl tez zbierac informacje dotyczace dzialalnosci lotniska niemieckiego w Tonczy.
Gdy ogloszono koncentracje oddzialow, ja poszedlem do lasu. Bylismy w lasach miednickich, starowiejskich. Tadzio zostal zgodnie z poleceniem w Starej Wsi, prowadzac dalej prace wywiadowcza. Ta nasza lesna dzialalnosc zakonczyla sie okolo 12 sierpnia 1944 roku, kiedy bolszewicy zajeli te tereny. Ich oficerowie przywitali nas "zdrastwujcie polskie partyzany", nawet nas nakarmiono. Rozeszlismy sie do domow. Co sprytniejsi jednak koledzy z oddzialu od razu znikneli z naszego terenu, jak tylko zorientowali sie, ze NKWD zaczyna sie nimi interesowac. Ja glupi chlopak zostalem, zglaszajac sie do pracy w nadlesnictwie. Otrzymalem legitymacje i wydawalo mi sie, ze juz wszystko jest dobrze, bo istnieje Polska Ludowa.
Nie wiedzielismy, ze byly porobione listy akowcow z naszego powiatu, z kazdej gminy i wsi, przez ludzi wspolpracujacych z NKWD. I zaraz tez zaczeli nas wybierac, jak marchewke z ziemi. Mnie zabrano razem z Henkiem Dembrychem, moim przyjacielem z Lodzi, ktory tez byl lesniczym. Przed tym dwa razy udalo mi sie uciec, jak przyszlo po mnie NKWD. Po trzech czy czterech dniach zabrano Tadka Jacobiego z Wegrowa. Trzymano mnie z Henkiem po smierdzacych ziemiankach pod Wyszkowem i Branskiem, a nastepnie przewieziono do Sokolowa Podlaskiego, do barakow. Tam spotkalem sie z Tadkiem Jacobim. Od tego momentu trzymalismy sie juz razem, przylaczyli sie do nas jeszcze gajowy Jarzabek, moj znajomy ze Starej Wsi, kierownik szkoly ze Starej Wsi i Morawski – podporucznik, komendant mojego plutonu. Byl tez posel Tomaszkiewicz z Korytnicy. Okazalo sie, ze zabrali cala inteligencje polska z tamtego terenu, wlascicieli ziemskich, lekarzy, adwokatow oraz akowcow. Nam powiedziano, ze zawioza nas do Lublina dla przemundurowania, wyfasowania broni i wlaczenia do wojska, idacego na Berlin. Ja nie mialem nic do stracenia i chetnie na to przystalem. I tak wierzylem az do momentu, kiedy zaladowano mnie z Tadkiem do wagonu bydlecego, zadrutowano, a na dachach wagonow ustawiono karabiny maszynowe. Ostatnie zludzenia prysnely, gdy pociag zamiast na Lublin, skrecil na Czeremche. "No to, powiedzialem, zegnaj Polsko, jedziemy na biale niedzwiedzie."
I wtedy chlopcy z powstania warszawskiego, ktorzy przeplyneli Wisle i byli trzymani w Rembertowie, postanowili uciekac. Wyrwali pare desek z wagonu i zaczeli skakac. Pociag zatrzymano, rozlegly sie strzaly. Rannych i pokrwawionych, tych odwaznych chlopakow wrzucono z powrotem do wagonu. Ja bylem zrezygnowany, Tadek Jacobi okropnie przezywal to wszystko.
Nasz transport byl jednym z pierwszych, gehenna byla ta zsylka do Rosji, nie w kibitce, jak dawniej, a w bydlecych wagonach. Warunki trzytygodniowej podrozy do Borowicz pod Murmanskiem byly straszne. Z jednej strony prycze, na ktorych mialo sie zmiescic 60 mezczyzn, zamknietych w wagonie. Jakas metalowa na 3 nozkach kuchenka i z 10 kg wegla na cala droge. W koncu wagonu w podlodze dziura do zalatwiania sie. Mimo, ze byly stale rewizje, kazdy potrafil ukryc cos ostrego, a to zyletke, to scyzoryk, to brzytwe. Dzieki temu moglismy deski, na ktorych spalismy, pociac na plateczki, aby palic nimi w piecyku. My w wagonie bylismy zbici w jedna gromade, aby bylo cieplej. Co jakis czas ci, co byli na zewnatrz kregu, przeciskali sie do srodka, aby sie ogrzac. W czasie drogi rzadko dawali nam wode, a jedzenie wydzielane na wagon stanowily 2 wiadra solonych sledzi i 2 worki sucharow. Kto nie potrafil sie opamietac i jadl lapczywie, mial zaraz opuchniete wargi i jezyk. Nic dziwnego, ze jak bojcy przynosili wiadro wody, to ludzie rzucali sie na nie i czesto przewracali, wylewajac zawartosc. Niektorzy mieli jeszcze ukryte zlote obraczki, to wymieniali je z kolejarzami sowieckimi na wiadra wody. Taka byla cena pomocy przyjaciol rosyjskich dla bandytow Polakow, bo nazywano nas bandytami.
W pazdzierniku 1944 r. bylismy juz kolo Murmanska w Borowiczach. 30 stopni mrozu, snieg, na ktory rzucilismy sie, jedzac go. W efekcie zachryplem, prawie zaniemowilem na miesiac. Ustawili nas w czworki i zaczelismy marsz do obozu za Borowicze. W pewnej chwili obejrzalem sie do tylu i zobaczylem weza ludzkiego. I przypomnialem sobie historie Polski, jak to bylo ze zsylka na Sybir powstancow z 1863 roku. A teraz i ja doczekalem sie, ze jestem jednym z zeslanych. I ja te sama droge historii przebywam z moim przyjacielem Tadziem.
Do obozu przyprowadzono nas pod wieczor. Przyjal nas komendant obozu – pulkownik, bez jednej nogi, poslugujacy sie szczudlem. Kazali nam zaraz przed obozem zostawic wszystko, co czlowiek jeszcze mial. Jakies zawiniatka, plecaki, walizki. Po godzinie byla tego gora po pierwsze pietro. Od razu znalazla sie zona pana pulkownika, owinieta w chuste i zaczela gramolic sie na te gore i wybierac co lepsze rzeczy, to sweter, to koszule. Patrzylismy na to z politowaniem. Zamknela sie za nami brama obozu, zaczely sie wielokrotne przesluchania, bardzo meczace. Mnie wmawiali, ze jestem majorem wojska polskiego i ze bylem zastepca komendanta partyzantki. A wyniklo to z tego, ze bylem przy sztabie mialem lornetke i bron zrzutowa. Widocznie wtyczki NKWD w oddziale nie we wszystkim sie orientowaly i podaly takie mylne dane o mnie, kapralu-podchorazym. Nikt z nas naturalnie nie przyznawal sie do swoich stopni akowskich ani do wyksztalcenia.
Pierwszy okres w tym rosyjskim cholernym lagrze byl najgorszy. Na Boze Narodzenie mroz dochodzil do 44 stopni, a baraki nieogrzewane, stare, przedwojenne, pamietajace najgorsze stalinowskie katorgi. Jakies roznojezyczne napisy. Na poczatku byla jeszcze do tego niemiecka obsada, dopiero po pewnym czasie ich usuneli. Wody w obozie nie bylo, trzeba ja bylo wozic spoza obozu. Do tego potrzeba bylo 10 koni, to jest 10 ludzi zdrowych. Ubierali oni specjalna uprzaz i pod kierunkiem jedenastego ciagneli beczkowoz. Jak ktos chcial sie wody napic do syta, to zglaszal sie do jej wozenia. Jak ktos chcial sie najesc chleba, to zglaszal sie do wozenia chleba, po ktory dwa razy w tygodniu szlo sie 30 km do miasta. I znowu woz, do ktorego zaprzegnietych bylo 10 ludzi. Rowniez 10 ludzi ciagnelo plug, gdy przyszlo w okolicy obozu orac ziemie. Bylo tez komando 10 ludzi, wywozacych co drugi dzien 10–20 trupow do dolow. Tam czlowiek nie mial nazwiska, nie mial imienia, nawet numeru nie mial, jak bylo w obozach niemieckich. Ta nicosc, to bylo najgorsze, najprzykrzejsze, tam bylo sie niczym.
Nie bylo to zycie, to byla wegetacja. Moja poduszka byly buty pod glowa (zeby mi nie ukradziono), fufajka sie przykrywalem. Lezacych na dechach, gryzly nas tysiace pluskiew i wszy. Przy tym, im koszula byla bardziej zaszmelcowana, tym mniej bylo wszy. Zwiedzajac Oswiecim powiedzialem, ze byl to prawie pensjonat w porownaniu do naszego obozu, choc tu moze mniej bezposrednio mordowali, ale stwarzali takie warunki bytowania, ze ludzie marli jak muchy. Przy zachodzie slonca zeslancy wychodzili z barakow i patrzyli z zaloscia na zachod i kazdy myslal o swoim domu, o rodzinie, o Polsce, ktora byla nie ta, o jakiej sie marzylo, ale byla.
Oboz otoczony byl czterema pasmami drutow kolczastych, do ktorych nie wolno bylo zblizac sie pod grozba zastrzelenia przez bojca z wiezy strazniczej. Niektorzy jednak ryzykowali, chcac zgarnac troche sniegu lezacego miedzy drutami do jedzenia, bo na terenie obozu juz go nie bylo, wszystek zostal albo zjedzony, albo wykorzystany do mycia. Kilku jednak smialkow przyplacilo zyciem zblizenie sie do drutow. Bojcy strzelali, jak do kaczek. Pierwszy, ktory uciekl z obozu w drodze do pracy, zostal zlapany i zabity. Caly oboz musial przedefilowac przed jego cialem, a pulkownik powiedzial: "Oto czlowiek, ktory chcial wolnosci, zapamietajcie to sobie."
Po trzech czy czterech miesiacach zaopiekowal sie mna partyzant z Minska, Zelazowski – ojciec obecnego sekretarza dzielnicy Ochota, z zawodu fryzjer. Wzial mnie do fryzjerni, zebym pomagal mydlic brody enkawudystom. I to mnie uratowalo, bo juz na roboty nie chodzilem, mialem wiecej zupy, zaczalem tez sam golic. Jak enkawudysta mowil, ze zle gole, to on powiedzial, ze ja jestem warszawskim damskim fryzjerem, dlatego nie mam wprawy. Tadek Jacobi natomiast, poniewaz mial rodzine lekarska, powiedzial, ze jest pielegniarzem, zatrudnionym przed wojna w sluzbie zdrowia. No to zrobili go felczerem w obozie. Tym samym mysmy juz odzyli. Mowil Tadzio "Marian, trzymajmy sie". Byl tez w obozie doktor Zielinski z Warszawy, Honorski, Siemiatkowski, Gorski i oni z Tadkiem zaczeli organizowac sluzbe zdrowia, zeby naszym kolegom Polakom jakos pomagac. Stworzyli wiec prowizoryczne ambulatorium i taki szpitalik, w ktorym usilowali pomagac wycienczonym i chorym kolegom. Niewiele jednak mogli pomoc, gdyz brak bylo lekarstw. To, co dostawali, to byla kropla w morzu potrzeb. Tadzio pomagal i mnie, dajac mi troche witamin.
Tadzio Jacobi zdawal w obozie rowniez swoj wielki zyciowy egzamin. Byl prawa reka doktora Zielinskiego, zajmujac sie m.in. sprawami administracyjnymi ambulatorium i szpitalika. Chodzil odwaznie do enkawudystow, jak umial tak mowil, wyklocajac sie o zaspokojenie chocby minimalnych potrzeb tych placowek. Jak mogl, to pomagal ludziom. Jesli ktos byl slaby czy chory i nie mogl isc do roboty, to Tadzio wkrecal go na barak szpitalny.
Tak przebiedowalismy jakos do marca 1946 roku, kiedy to dowiedzielismy sie, ze pierwszy transport 1500 ludzi ma byc odeslany do Polski. Od razu zaczelismy sie zastanawiac, czy bedziemy na liscie osob przeznaczonych do transportu. Jakzez cieszylismy sie z Tadziem Jacobim, gdy wyczytano nasze nazwiska. W obozie nadal pozostali oficerowie, czy ludzie, o ktorych wiedziano, ze maja wyzsze wyksztalcenie.
I znow zaladowano nas do bydlecych wagonow, karmiac jednak ciepla zupa z otrebow, ale dobre i to. Zarosnieci, brudni, w lachmanach, prawie kosciotrupy, przywiezieni zostalismy do Bialej Podlaskiej. Od razu przejelo nas UB. Zewidencjonowali, sfotografowali, dali zaswiadczenie, paczke unrowska, 500 zl i bilet na kolej. Po 5 dniach rozjechalismy sie. Ja do Lodzi, a Tadek do Warszawy i chyba do Zywca. Kazdy z nas byl przepelniony lekiem. Ja balem sie wlasnego cienia. Z nikim nie rozmawialem na temat swoich przezyc obozowych. Bylem w domu dwa miesiace i predko pojechalem do Gdanska, zglaszajac sie do dyrekcji lasow, chcac rozpoczac nowe zycie i skonczyc studia.
Tadek przyjechal na Wybrzeze w koncu kwietnia badz w poczatku maja 1946 roku. Wtedy po spotkaniu na Wybrzezu nie wspominalismy naszych przezyc okupacyjnych. Nasze marzenia nie zostaly spelnione, nie bylo co wspominac, trzeba bylo zaczac nowe zycie, starajac sie zapomniec o strasznych przezyciach obozowych. Zaczelismy pracowac. Tadziowi tym trudniej bylo zyc, ze nie mogl przyznac sie do swej okupacyjnej przeszlosci. Nawet pozniej, gdy juz mozna bylo mowic o swej przynaleznosci do AK, nie chcial ujawniac swej dzialalnosci. Chyba postanowil przekreslic tamta karte swojego zycia. Dlatego nie weryfikowal sie jako kombatant.
 
Mowi p. Wiacek
 
Do Starej Wsi zostalem skierowany z Warszawy przez Komende Glowna AK jako lotnik z 1 pp lotniczego. Obok bowiem Starej Wsi w miejscowosci Toncza znajdowalo sie lotnisko niemieckie (przed wojna polskie) z betonowymi drogami startowymi. Po drugiej zas stronie rzeczki Liwiec byly wspaniale tereny do ladowania szybowcow, 5–6 km rownej powierzchni. Nic wiec dziwnego, ze dowodztwo AK bylo bardzo zainteresowane tym lotniskiem z roznych wzgledow. Chodzilo o obserwacje dzialan niemieckich na tym lotnisku, jak rowniez opracowanie planow jego opanowania i wykorzystania w odpowiednim momencie. Miara zainteresowania byl fakt, ze przyjezdzajac do Turnej na stacji spotkalem, ku memu wielkiemu zaskoczeniu, majora Stanislawa Wolkowinskiego, mego dowodce z 1 pp lotniczego. Przywitalismy sie bez slowa, uscisnelismy sobie dlonie, on pojechal do Warszawy, a ja zostalem.
Urzadzono mnie u Popiela w majatku jako traktorzyste. Zaczela sie moja praca legalna i podziemna. Komendantem grupy akowskiej zajmujacej sie lotniskiem byl Jozek Zasieczny, tez z lotnictwa, wysiedlony z Bydgoszczy, a zatrudniony przez nadlesnictwo jako lesniczy. Ja zostalem jego zastepca, a Tadek byl czlonkiem naszej grupy. Po pewnym czasie na skutek donosu Zasieczny zostal aresztowany przez gestapo. Sila rzeczy zaczalem sie ukrywac, nie nocowalem w domu. W tym czasie do Warszawy do gestapo zostal wezwany kuzyn Popiela – Glinka. Tam na Szucha skonfrontowano go z Zasiecznym. Obaj nie przyznali sie do znajomosci. Zasieczny mial wybite wszystkie zeby, widac bylo, ze byl maltretowany. Po powrocie Glinki doszlismy do przekonania, ze Zasieczny nikogo nie wydal, a wiec uspokoilismy sie i znow zaczelismy nasza podziemna robote. Na miejsce Zasiecznego ja zostalem komendantem, a Tadzio Jacobi moim zastepca. Bylo to chyba w poczatku maja 1943 roku.
Miedzy innymi opracowalismy plany ewentualnego ladowania samolotow alianckich w przypadku inwazji poprzez Balkany, a takze zalozenia opanowania lotniska we wlasciwym momencie. W swej dzialalnosci podlegalismy komendzie lotniczej siedleckiej, ktorej szefem byl kapitan rowniez z przedwojennego 1 pp lotniczego, nazwiskiem Przywara, pseudonim "Kedzierzawy". On przekazywal mi polecenia i jemu skladalem meldunki. Niezaleznie od dzialalnosci zwiazanej z lotniskiem, zapewnialismy obstawe radiostacji, ktora lokowana byla na czas pracy w szopie na lakach miedzy majatkiem a Liwcem. W oparciu o otrzymane materialy, prowadzilem tez kursy kierowcow samochodowych, a takze kurs radiotelegrafistow. W koncowym okresie, gdy wiadomym juz bylo, ze uderzenie nie pojdzie od Balkanow, podjelismy akcje sabotazowe w naszej okolicy i dzialania zapobiegajace sciaganiu przez Niemcow kontyngentow.
Po przyjsciu Armii Czerwonej szczesliwie nie znalazlem sie na listach proskrypcyjnych, przekazanych NKWD, nie przyznawalem sie tez do swej dzialalnosci akowskiej.
W tym czasie Tadzio Jacobi przyjezdzal do nas, znal cala moja rodzine. Zawsze byl zadbany, schludny. Zona moja mowila mu: "Tadek, ja przezylam rewolucje, siedzialam na Lubiance. Ty musisz zrezygnowac z przyzwoitego ubierania sie. Ty nie mozesz teraz rzucac sie w oczy." Tadzia jednak ktos musial wydac, badz tez byl na dostarczonej NKWD liscie, tak ze zostal aresztowany w Wegrowie. Siostra moja w pierwszych dniach nosila mu obiady do miejsca, gdzie byl przetrzymywany. Po jego powrocie z Rosji spotkalismy sie na Wybrzezu. Przez miesiac czy poltora nawet mieszkal i jadal u nas. Potem zorganizowal sobie nowe zycie.
BHGS0000  TADEUSZ JACOBI 16 (2005)
Dr. Tadeusz Jacobi, born 1918, was an economist by profession. During the Second World War he served in the Armia Krajowa underground force. In 1944 he was arrested by the Soviet NKWD and deported to a "lager" near Murmansk. He spent there 1 1/2 extremely hard years. People died there every day, because of cold, hunger and atrocious life conditions. In March 1946 a part of the prisoners were set free. After his return home, Tadeusz Jacobi walked in the green hills of the Beskidy Mountains. He started climbing in the Tatras in early 1950s and crowned his career in 1962 by reaching the summit of Elbrus (5633 m) in the Caucasus. In 1955 he traversed the ridge of the Polish Tatras, a remarkable feat for the time. He inherited a passionate love of the mountains. Though he made no notable ascents, he had a considerable effect on the development of the Polish mountaineering. In 1957–58 he founded the Klub Turystow Gorskich (KTG), in 1966 renamed Polski Klub Gorski (PKG). From 1958 to 1979 he was president of the Club – for 21 years. His ideas, plannings and organization were unsurpassed. He led climbing trips and hikes, helped to organize Club expeditions. Two of them ended in making three famous first ascents of virgin Himalayan giants – of the Kangbachen (7902 m, 26 V 1974), Kangchenjunga South (8490 m, 19 V 1978) and Kangchenjunga Central (8490 m, 22 V 1978). In 1982 he became a honorary member of the PKG. In private life, Tadeusz Jacobi was a distinguished scientist. He died on 17 April 1984.
The author of this In Memoriam, prof. dr. Jerzy Wesolowski (1921–1993), was a friend and long time close associate of Tadeusz Jacobi. (Jozef Nyka)