JOZEF NYKA
Dawnych wspomnien czar
[Po raz pierwszy na Zachodzie - w drodze w Dolomity poznajemy uroki Wenecji]
Po raz pierwszy na Zachodzie – w drodze w Dolomity
poznajemy uroki Wenecji. Fot. Jozef Nyka

  
Redakcja: MONIKA NYCZANKA

Copyright © 2020 by JOZEF NYKA
GBH0000    64 (2020)
CZUJNE OCZY SLUZB SPECJALNYCH
Zzyte, zwarte i zwiazane z rejonami granicznymi srodowisko taternickie musialo pozostawac w scislej orbicie zainteresowan organow bezpieczenstwa, zwlaszcza ze skupialo ludzi o silnym poczuciu niezaleznosci, a czesto i mocno sobiepanskich pogladach. „Rakowiecka” miala w KW i PZA swoich agentow. Wspominal kiedys jeden z instruktorow, ze na kursie dla zaawansowanych w Pieciu Stawach ladna kursantka polubila go i przyznala mu sie, ze jest funkcjonariuszka aparatu. Pokazala nawet sluzbowy pistolet. Lokalnych „opiekunow” – wiadomych i niewiadomych – mialy kola i kluby. Male incydenty graniczne wywolywane przez taternikow byly wiele razy opisywane, m.in. przez Dlugosza, Urbanskiego, Wilczkowskiego, zostaly nawet utrwalone w anegdotach: „pryskamy, panowie” Jaska Surdela, „vis major” Dlugosza...
Zainteresowanie sluzb musialo wzrosnac, kiedy taternictwo stalo sie alpinizmem i rozprzestrzenilo sie na dalekie kraje. Afera na wieksza skale byl proces taternikow, zakonczony wyrokami sadowymi. Represje dotknely nawet „Taternika”, ktorego aktualny zeszyt niespodziane ingerencje cenzury opoznily o miesiac. Pozniej szerokim echem odbila sie sprawa szkolenia przez Klub Zakopianski bojowki ZOMO w Dolinie Pieciu Stawow.
Zdeklarowanym opozycjonista byl dlugoletni prezes PZA, Andrzej Paczkowski, ktoremu odmawiano paszportu, a jesli go otrzymywal, byl na granicach demonstracyjnie szykanowany.
Jako redaktor „Taternika”, trzymajacy liczne nitki w garsci, mialem podsluch telefoniczny, byly tez czeste slady czytania korespondencji zagranicznej. Przez pare lat redaktorem technicznym „Taternika” byl znany pozniej dzialacz opozycji, Wojciech Ziembinski, ktory chodzil z medalionem Pilsudskiego w klapie marynarki i wyglaszal ostre polityczne tyrady, nie zwazajac na to, kto akurat w redakcji gosci. Jednym z tematow byl jego toczacy sie w Piszu „proces piski o traktat ryski”. W swym zachowaniu byl tak ostentacyjny, ze przez dluzszy czas nie dowierzalem mu i wrecz widzialem w nim prowokatora.
Rakowiecka miala tez na oku naszych zagranicznych gosci. Nizej bedzie opis niezbyt milej przygody Ada Cartera. Starsi taternicy pamietaja skandal z autokarem grupy Anglikow z Lordem Huntem na czele. Podczas kiedy goscie bawili na koncercie w Filharmonii, doszlo do wlamania do ich autokaru i kradziezy pozostawionych na fotelach aparatow fotograficznych. Dla nas nie bylo tajemnica, ze chodzilo w tym nie o kradziez, a o operacje sledcza SB. Kierownictwo ekipy brytyjskiej przesluchiwano kilka godzin w komisariacie na Woli, rozpytujac o wszystko, tylko nie o okolicznosci kradziezy i rodzaj poniesionych strat. Hunt zachowywal wyrozumialy spokoj, ale asystujacy przy przesluchaniu Andrzej Kus rumienil sie z zazenowania.
Dwukrotnie mialem odwiedziny „smutnych panow”. W lutym 1982 jeden, jak twierdzil z Palacu Mostowskich, caly dzien wertowal w lokalu redakcji numery „Taternika” w poszukiwaniu wzmianki o kims, kto jezdzil na wyprawy i kto sie aktualnie ukrywal. Byl na tyle niegramotny, ze w rocznikach nie zauwazyl indeksow nazwisk, ktore oszczedzilyby mu bezowocnego gmerania. Inny pan, zapowiedziany rano przez sekretarke dyrektora Mlodziezowej Agencji Wydawniczej, Zygmunta Konopki, przyszedl w sprawie artykulu, faktycznie jednak interesowal go prezes Paczkowski. Nie ukrywal, ze zna tresc naszych rozmow telefonicznych. Tydzien czy dwa pozniej ten sam osobnik poprosil o rozmowe sekretarke generalna PZA, Hanne Wiktorowska. Opisywalismy sobie wzajemnie jego wyglad, zeby dojsc, czy to byla ta sama figura. I do tych zdarzen wroce jeszcze.
Zbigniew Kowalewski wspomina, jak to w r. 1985 zginelo trzech ludzi podczas wyprawy na Pabil (7102 m) w Ganesh Himal. Nachodzil go wtedy w PZA pan z SB i Zbyszek bardzo musial sie bronic, „zeby nie byc odpowiedzialnym za to nieszczescie.” Nie bylo to przy wypadkach stala praktyka, tu musialo chodzic o smierc kogos o jakims dla wladz znaczeniu.
Jako kierownicy wyjazdow zagranicznych przy odbiorze paszportow w Biurze PZA podpisywalismy drukowane wielopunktowe „instrukcje wjazdowe”, m.in. zobowiazujace do godnego reprezentowania kraju i do meldowania o wszelkich politycznie podejrzanych incydentach. Jako ludzie zza zelaznej kurtyny budzilismy na Zachodzie zywe zainteresowanie, do dwuznacznych sytuacji dochodzilo wiec dosc czesto, zwlaszcza, ze za granica jezyki nam sie rozwiazywaly. Pamietam narade KDL w NRD i obiad w lesnej gajowce. Prezes Paczkowski obiadowal w towarzystwie delegata ZSRR Szatajewa, ktoremu pelnym glosem robil wyklad na temat prawdy o Katyniu. Wladymir bladl i czerwienial, a dwaj znajacy rosyjski gospodarze opuscili spiesznie jadalnie nie dokonczywszy posilku. A oto przyklad innego zdarzenia – podczas naszego pobytu na obozie integracyjnym UIAA w Alpach Austriackich:
A, TO BYL BLAD!
W sierpniu 1965 roku mialem przyjemnosc przewodniczyc polskiej delegacji na doroczne spotkanie mlodych alpinistow – tym razem w Stubaier Alpen w Austrii. Zgrana i sympatyczna ekipe tworzyli Jerzy Dyczek, Kazimierz Glazek, Jan Junger, Janusz Krzyszton, Samek Skierski i Krzysztof Zdzitowiecki. Krotkie sprawozdanie ukazalo sie w „Taterniku” 3–4 z 1966 r. (s. 94–95). Po zakwaterowaniu nas we Franz Senn-Hutte, 16 sierpnia pod wieczor urzadzono nam na lodowcu zajecia z ratownictwa lodowcowego: forsowanie szczelin, asekuracja w lodzie, wydobywanie ofiary ze szczeliny. Instruktorem byl opiekujacy sie nasza grupa Helmut Wagner. Obok nas na tej samej szczelinie szkolili sie mlodzi wspinacze bulgarscy. Podczas tych zajec podszedl do nas z miejska ubrany pan z pania. Wygladal bardziej na niedzielnego goscia, niz na gorskiego bywalca. Zagadal nas po angielsku i rozmawialismy w tym jezyku, dopoki jego zona nie wtracila sie po niemiecku. Powiedzial, ze jest z uniwersytetu wiedenskiego, z zakladu czy instytutu – jakos to nazwal – do spraw Europy Wschodniej. W swobodnej rozmowie zapytal jak sie w Polsce zyje, jakie sa nastroje i oczekiwania, takze o to, co w Austrii planujemy. W tym czasie zblizyl sie do nas szef delegacji bulgarskiej. Warunkow do rozmowy nie bylo, a panstwo nie zatrzymywali sie w schronisku na noc, pan wreczyl mi wiec bilet wizytowy i zaproponowal, zeby w drodze powrotnej koniecznie wpasc do nich w Wiedniu: „Serdecznie zapraszamy oboje z zona, mozecie sie u nas zatrzymac nawet wszyscy, miejsca nie zabraknie, a nam bedzie bardzo milo.”
[Jerzy Dyczek, Kazimierz Glazek, Helmut Wagner, Samek Skierski, Janusz Krzyszton, Krzysztof Zdzitowiecki]
Nasz zespol w Zillertaler Alpen. Od lewej: Jerzy Dyczek, Kazimierz Glazek, Helmut Wagner, Samek Skierski, Janusz Krzyszton i Krzysztof Zdzitowiecki. Spiczasty szczyt to Ruderhofspitze (3473 m). Fot. Jozef Nyka
Po wspinaczkach w Stubaiu byl jeszcze tygodniowy pobyt w Wilder Kaiser, zakonczony nocna burza, ktora przemoczyla caly nasz sprzet i nas do suchej nitki. W drodze powrotnej w Wiedniu mielismy cos 6 godzin oczekiwania na wieczornego „Chopina”. Ja bylem umowiony z moimi wiedenskimi przyjaciolmi Honigmannami, nie skorzystalem wiec z bileciku zapraszajacego nas pana, zreszta ta „Europa Wschodnia” nie wydala mi sie watkiem zachecajacym. W Warszawie o wszystkim zapomnialem, jednak po paru dniach odwiedzil mnie w moim mieszkaniu przy ulicy Nowosieleckiej mlody czlowiek ze standardowym druczkiem zawierajacym wezwanie do Palacu Mostowskich „w charakterze swiadka”. Zdziwilem sie szczerze. Co ja takiego moglem przeskrobac lub widziec, ze mnie wzywa MO? Incydent alpejski nawet nie przyszedl mi do glowy.
W komendzie milicji (tak, nie w MSW) duzy pusty pokoj, w prawym rogu puste biurko ozdobione dwiema lampami. Za biurkiem starszy pan w cywilu. Lamp nie zapalil, zaczal od ogolnej rozmowy. – Pan bywa kierownikiem wyjazdow alpinistycznych, czy do was nie podchodza czasem obcy ludzie z jakimis pytaniami lub propozycjami? Przypomniala mi sie droga w Dolomity w roku 1962 i rodak w Wenecji, ktory obiecywal zlote gory, zeby nie wracac do Polski, ale z nim pojechac do Monachium do dobrze platnej pracy. Poniewaz w tamtej rozmowie uczestniczyla cala nasza szostka, wymienilem panu za biurkiem to zdarzenie, wspomnialem takze o tych dwojgu pod Franz Senn-Hutte. Pan oswiadczyl teraz, ze jest z kontrwywiadu, ze wie o rozmowie na lodowcu i ciekaw bylby blizszych szczegolow.
Okazalo sie, ze przebieg spotkania w Stubaier Alpen zna nie gorzej ode mnie – wiedzial o Bulgarze, o bilecie wizytowym, za czym poszlo pytanie, czy odwiedzilem tego dzentelmena w Wiedniu. – Oczywiscie nie. – A to byl duzy blad! Nas takie spotkanie bardzo by interesowalo. No ale – prosze wybaczyc moje wscibstwo – przeciez oddalil sie pan na kilka godzin od swojej grupy, moze jednak czegos pan nie pamieta – niech pan sobie dobrze przypomni. Podalem mu powod, zreszta rzeczywisty: bedac w Wiedniu odwiedzam mojego starego przyjaciela Karla Honigmanna z Osterreichischer Touristenklub, ktory mieszka dosc daleko od dworca. Przesluchujacy zapisal personalia i adres, popytal o rodzaj znajomosci. Wrocil do biletu wizytowego: co zawieral, czy pamietam dokladna nazwe instytucji i nazwisko osoby, bardzo by chcial to zobaczyc. Obiecalem poszukac, choc – jak powiedzialem – chyba wyrzucilem go zaraz w Wiedniu. Jak sie potem okazalo, podobnie jak ja wzywani byli tez Kazio Glazek, Janusz Krzyszton i Samek Skierski, mimo iz Samka wieczorem na lodowcu nie bylo, gdyz zawieruszyl nam sie w Wiedniu i dojechal dopiero nastepnego dnia rano. Zachodzilismy w glowe, kto mogl sluzbom przekazac tak szczegolowe wiadomosci – Bulgar? Ale ten nie mowil po niemiecku, nie bylo go na poczatku rozmowy, nic tez nie mogl wiedziec o moich poczynaniach w Wiedniu. To musial byc ktos z nas, chlopcy mieli pewne podejrzenia, choc nie bylo miedzy nami nieufnosci. Wiec kto? Z moja dzisiejsza wiedza sadze, ze moglo chodzic o tzw. materialy operacyjne. W domu musialem miec podsluch telefoniczny, a mialem przyjaciela cierpiacego na depresje, z ktorym prowadzilem dlugie nocne rozmowy o wszystkim i o niczym. Na pewno opowiedzialem mu tez o spotkaniu na lodowcu.
Tymczasem miesiac czy dwa pozniej Karla Honigmanna odwiedzil w Wiedniu moj kolega ze studiow. Podejrzewalem od dawna, ze jest agentem sluzb: dzwonil do mnie regularnie jako „stary przyjaciel” na dzien lub dwa przed kazdym moim wyjazdem za granice – dawno sie nie widzielismy, spotkajmy sie w kawiarni... Znow nie masz czasu? Dlaczego? Do Karla Honigmanna zjechal na kilka dni powolujac sie na mnie, chociaz mu o tej mojej znajomosci wcale nie wspominalem. Jak mi pozniej referowal Karl, pytal o moje odwiedziny wtedy i wtedy. Moze zreszta wizyta byla przypadkowa, tylko ja bylem przewrazliwiony? W kazdym razie sprawa z kontrwywiadem szczesliwie nie miala dalszego ciagu, zreszta styl rozmowy byl inny, niz znane mi z wczesniejszych lat indagacje ubowskie.
PRZYPADKI ADAMSA CARTERA
Zdjecie jak wiele innych. Sympatyczne spotkanie wieczorne w naszym domu na Klaudyny. Przy winku i herbatce siedza Janusz Kurczab, Zbyszek Kowalewski, Ad Carter i Andrzej Zawada. Adams – wybitny alpinista amerykanski, dlugoletni redaktor „American Alpine Journal”, uczestnik dwoch wypraw na Nanda Devi – za pare dni ma odebrac w Londynie czlonkostwo honorowe Alpine Club, po drodze odwiedza przyjaciol w Polsce i w Finlandii, dokad ma wykupiony na jutro prom z Trojmiasta. Do Gdanska odwiezie go rano Justynka i ugosci w naszym mieszkaniu w Jelitkowie. Tymczasem gawedzimy o polityce. Dobiega konca listopad 1981 roku, czasy „Solidarnosci”, czy bedzie interwencja radziecka? Cos niedobrego wisi w powietrzu. Rozmowy sila rzeczy kreca sie tylko w czesci wokol spraw alpinizmu. Carter – wyprobowany polonofil i po trochu kurier podziemia – oswiadcza, ze jutro w Gdansku sprobuje zobaczyc sie z Walesa, a tu w Warszawie chetnie spotkalby sie z Januszem Onyszkiewiczem, jakby sie to dalo zrobic jeszcze dzisiaj. Janusz Kurczab podrywa sie zza stolu: mam samochod, skocze po Onyszka – podchodzi do telefonu, zeby go o tym uprzedzic. Jako czujny gospodarz zawracam go na kanapke: daj spokoj, Onyszek ma stalych patronow z Rakowieckiej, nie chcialbym miec czarnej wolgi pod naszym blokiem.
[Janusz Kurczab, Zbyszek Kowalewski, Ad Carter, Andrzej Zawada]
Z czterech milych panow na zdjeciu zyje juz tylko Zbyszek Kowalewski. Fot. Jozef Nyka
Czwartek. Jest jeszcze ciemno, kiedy wczesnym rankiem odwoze Ada i Justynke na dworzec. Podczas gdy na peronie czekamy na pociag, w poblizu kreci sie dwoch mlodych ludzi w jednakowych bialych kozuszkach i czapkach „oprychowach” w czerwona krate. Rzucaja sie w oczy, wyraznie chca byc zauwazeni. Wtacza sie pociag, wagon jest pusty. Zegnamy sie, Justynka i Ad wchodza z walizkami. W korytarzu nagle pojawia sie ta dziwna dwojka, nadchodza z przeciwnych stron i mijaja sie akurat przy stojacym pod oknem Carterze. Ad wchodzi do przedzialu i mowi: – „Jacy nieuprzejmi – Tyle miejsca, a oni o malo mnie nie rozgnietli.” – „Zobacz, czy masz portfel!” – wolam przez okno, mialem juz bowiem wczesniej podobna nauczke na Dworcu Centralnym. „Mam” – odpowiada ale dopiero teraz dociera do niego, co sie dzieje. Siega do drugiej kieszeni: „But my passport!”
Pociag rusza, wiec wskakuje do wagonu, na Wschodniej wysiadamy. Nerwowka. Dworcowy komisariat zamkniety, widac, ze ktos jest w srodku, ale nie otwieraja. Po 15 minutach wreszcie wynurza sie milicjant: ukradziony paszport? Na Glownej? To nie my, to komisariat na Glownej. Wsiadamy bez biletow do najblizszego pociagu i wracamy na Glowna. Komendant obojetnie przyjmuje zgloszenie, musi spisac protokol, ale dopiero po 9-tej, kiedy bedzie osiagalny tlumacz. To prawie dwie godziny, wyjasniam, ze sam moge tlumaczyc, ale okazuje sie, ze przepis na to nie pozwala. Czekamy, wreszcie pan komendant mieknie i zgadza sie na moja pomoc. Wyjmuje 4-stronicowy formularz i zadaje kilkanascie pytan ad personam, nawet takich, jak przebieg suzby wojskowej. Wszystko skrupulatnie wpisuje. Raz padaja slowa wypowiedziane jakby do siebie – „sprawdzimy to”. Odnosze wrazenie, ze zna angielski, wydaje mi sie tez zbyt inteligentny, jak na szarego porucznika milicji. Jest zreszta w cywilu. I rzecz znamienna: w calym dlugim protokolowaniu nie ma ani jednego pytania o to, co sie zdarzylo, jaki skradziono dokument, gdzie i w jaki sposob dokonano kradziezy, kto ukradl, jak ten ktos wygladal. Widac, ze te szczegoly sa panu komendantowi dobrze znane.
[Adams H. Carter]
Adams H. Carter. Fot. Jozef Nyka
Skrajnie zdenerwowani wracamy do domu. Adams dzwoni do ambasady USA. – Spokojnie, mister Carter, nie jest pan pierwszy, zdarza sie, trzeba bedzie wydac dokument zastepczy, ale to zajmuje co najmniej kilka dni. Zapraszamy do ambasady, jednak dopiero w poniedzialek, bo dzisiaj jest Thanksgiving Day – Swieto Dziekczynienia – a jutro i w weekend nie pracujemy. Carter jest zalamany. Bierze tabletki uspokajajace, idzie do swojego pokoiku, slyszymy, jak dzwonia sprezyny pod materacem, kiedy sie przewraca. O godzinie 10 niespodziewanie telefon. Mowi urzad pocztowy Warszawa Dworzec Glowny. Czy u pana mieszka pan Carter (wyrazne „c” na poczatku)? Chcialam zawiadomic, ze jest do odebrania paszport tego pana. – Na milicji? – Nie, tu u nas, w okienku. Informuje Ada o tej badz co badz dobrej nowinie: oddycha z ulga i mlodnieje o 10 lat. Nie rozumie jeszcze, ze to ciag dalszy dziwnych zdarzen. Jedziemy na dworzec, pani w okienku jest szczesliwa: dostaje pol kilo amerykanskich slodyczy, tych przeznaczonych dla finskich przyjaciol. W „Locie” znajduje sie na jutro miejsce do Finlandii. Program Ada zostaje uratowany, choc strata wynosi pareset dolarow za niewykorzystane bilety. I to jest koniec historii, choc nie jej wyjasnienie.
Cala operacja sluzb byla az nadto przejrzysta, troche nawet demonstracyjna. Funkcjonariusze w kozuszkach udawali opryszkow, oba komisariaty milicji musialy byc wciagniete do akcji. Dziwne odnalezienie paszportu – kazdy urzednik pocztowy wie o tym, ze znaleziony paszport – polski, a tym bardziej zagraniczny – musi przejac i ma prawo wydac jedynie milicja. My odbieramy go w okienku pocztowym, bez pokwitowania i bez jakichkolwiek formalnosci. Uszczesliwiona czekoladkami urzedniczka nie oglada nawet mojego dowodu osobistego, ktory jej probuje podsunac. Sluzbom chodzilo jak widac tylko o to, by pokazac swoja obecnosc, a Carterowi pokrzyzowac plany i uniemozliwic ew. spotkanie z Walesa. I to sie udalo.
Dla nas jednak otworzylo sie niepokojace pytanie, skad SB byla o tym tak dobrze poinformowana? Musieli wiedziec o Jelitkowie, o Walesie, takze to, ktorym pociagiem nasz gosc pojedzie do Gdanska. Skad poczta miala nasz adres, telefon, chyba tez nawet – nie pamietam juz – moje nazwisko? W paszporcie nie bylo zadnej informacji, ze Carter zatrzymal sie u nas. A przeciez nasi wczorajsi goscie z pamiatkowego zdjecia byli bliskimi i zaufanymi przyjaciolmi. Zadzwonilem do Andrzeja Zawady – „to nie na telefon” – powiedzial i za godzinke byl juz u nas. Poradzil, zeby obszukac mieszkanie, bo jest w nim zapewne pluskwa. Opisal mi jak to wyglada i gdzie moze byc wetkniete. Sprobowalismy szukac razem, szukala potem dlugo cala rodzina – bez skutku. Moze w aparacie telefonicznym? Moze w telewizorze? Moze w blacie stolika? Moze w scianie od strony sasiada? – sasiad byl eks-dyplomata, mielismy wiec i takie podejrzenie. Wyjasnienia nie bylo i z ta zagadka zostalismy az do dzisiaj... Jak to napisal ks. Waclaw Hryniewicz? – „Trzeba przywyknac do tego, ze na niektore pytania nigdy nie znajdziemy odpowiedzi.”
KRIEGSZUSTAND, TONI, STAN WOJENNY!
[Toni Hiebeler]
Toni Hiebeler
W roku 1981 oczy Europy skierowane byly na Polske i zachodnie media chetnie siegaly do watkow polskich – niekoniecznie nawet politycznych. Na tej fali wraz z Tonim Hiebelerem pracowalismy w Monachium i Warszawie nad polskim numerem miesiecznika „Bergsteiger” – czolowego wowczas w Europie centralnej pisma alpinistycznego. W celu zamkniecia prac redakcyjnych, 12 grudnia Toni przyjechal na kilka dni do Warszawy z przesympatyczna malzonka. Mielismy i drugi wazny, choc czasowo odleglejszy temat: Toni, autor „Lexikon der Alpen”, postanowil stworzyc i wydac 3-tomowa encyklopedie alpinizmu i gor swiata. Na razie mial inne zobowiazania, ale juz obmyslal plan i przygotowal szczegolowy konspekt. Ja ze swej strony napisalem kolo setki wzorcowych hasel, ktore mu bardzo odpowiadaly. Poniewaz znalismy sie z prawie 20-letniej juz wspolpracy, planowal sciagniecie mnie na rok do siebie do Monachium, do technicznej i reserczerskiej pomocy. „Leksykon bedzie mojego autorstwa” – zastrzegal sie – „tylko gdyby zdarzyla sie wersja polska, podpisalibysmy ja wspolnie”. Ale nie bylo to jeszcze nic konkretnego. Na nasze warszawskie narady dojechac mieli przewidziani do udzialu w opracowywaniu hasel encyklopedii Jurek Wala z Krakowa i Jurek Hajdukiewicz z Zakopanego.
12 grudnia troche popracowalismy i glownie gawedzilismy do pozna w noc. Rano przygotowywalo sie sniadanie, kiedy dzieci zauwazyly, ze w telewizorze nie ma nie tylko Teleranka, ale zadnego programu. A i telefon byl gluchy. W tamte lata takie niespodzianki byly na porzadku dziennym, nie zaniepokoilo nas wiec pukanie do drzwi sasiada z pytaniem, czy i u nas oba media milcza. Po sniadaniu zywo toczyla sie rozmowa, o polityce glownie, gdyz to byly sprawy poruszajace opinie. Konwersacje przerywa dzwonek do drzwi i w progu staja oba Jurki – Wala i Hajdukiewicz. Miny maja jakies dwuznaczne. „Wy sobie milo siedzicie, a tu stan wojenny, wojsko i czolgi na ulicach – Kriegszustand, Toni!” W Hiebelera, jakby piorun strzelil. Poderwal sie i do zony: Wracamy natychmiast!
Za oknami mrozna zadymka – patrzymy na urwany koniec nowozbudowanego mostu i wiaduktu, dzis Grota Roweckiego, czy stoja tam juz radzieckie armaty. W sniezycy niewiele widac. Tymczasem na ekranie telewizora pojawia sie obraz i po chwili mamy galowy mundur gen. Jaruzelskiego i jego pamietna odezwe do narodu. Hiebeler byl zaangazowany w pomoc biedujacej Polsce i samochod, ktorym przyjechal, byl wyladowany wiktualami dla przyjaciol. Poniewaz jako Bawarczyk byl piwoszem, przywiozl tez dwa duze kartony piwa w puszkach.
Tematy „Bergsteigera” i leksykon gor swiata juz nie istnieja, szybko wyjmujemy paczki z samochodu i nasi goscie nerwowo zbieraja sie do drogi. Nie ma mowy, by zostali do obiadu z wczesniej zamowionym przez Toniego „polskim bigoszem”. Pani domu pospiesznie szykuje kanapki i napelnia herbata termosy. Siadam z nimi do szoferki, zeby wyprowadzic ich z Warszawy. Na ulicach groza wieje, mrozna zadymka, stoja czolgi, grupki zolnierzy z automatami, pala sie koksowe piecyki, legitymuja nas raz, drugi, trzeci, ale przepuszczaja. Hiebeler jest mocno wylekniony, nie wie co go czeka w dalszej drodze, a droga daleka.
[Jerzy Hajdukiewicz]
Jerzy Hajdukiewicz
Zegnamy sie na rogatkach. Wracam w snieznej zawierusze, glownie na piechote, znowu legitymowanie, na jednym z punktow zolnierze szukaja mojego nazwiska na dlugiej liscie osob. Nie ma, Nyga, to nie wy, mozecie isc. W glowie troska o Hiebelerow i o to, na co sie w kraju zanosi. Kiedy po paru godzinach wrocilem do domu, Jurka Wali juz nie bylo, zabral swoja czesc monachijskich darow i pojechal z powrotem do Krakowa. Natomiast Jurek Hajdukiewicz, tez namietny milosnik piwa, rozgoscil sie u nas na dwa dni – do ostatniej puszeczki.
Domkniecie polskiego numeru „Bergsteigera” skomplikowalo sie, na rozmowe telefoniczna z Monachium – „rozmowa kontrolowana” – czeka sie 3 dni, list do Monachium idzie rowno miesiac i nie zawsze dociera. Numer pisma, nie do konca zgodny z planem, wychodzi z opoznieniem. Hiebeler poprzedza go artykulem opisujacym jego podroz do Polski i powrot z Warszawy pod lufami czolgow, maluje tez dramat glodujacych w Polsce kolegow alpinistow. Kiedy bawi w goscinie u Nykow w Warszawie, ze szkoly wraca syn Jozefa, Stefanek, zalany lzami. „Czego beczysz?” – pyta Jozef. „Bo nie mam butow i mama ubiera mnie do szkoly w babci buty na wysokim obcasie i koledzy sie ze mnie smieja.” „Polski” Bergsteiger wychodzi z druku, ale do mnie nie dociera. Cenzura. Telefon juz dziala, mowie o tym Toniemu. „Bede wysylal tak dlugo, az cos dojdzie” – mowi, co mnie wcale nie cieszy z uwagi na tresc zeszytu. Ostatecznie nic tez nie dochodzi i w moim komplecie miesiecznika tego numeru brak do dzisiaj.
Tymczasem Jurek Wala wrocil do Krakowa i rano poszedl do pracy, gdzie ogloszono strajk. Niebawem budynek zaatakowal silny oddzial ZOMO, szturm przypuszczono skaczac przez parkany. Szczesliwym trafem dowodca oddzialu byl porucznik MO, znany skadinad taternik i nasz klubowy kolega, Jacek Jaworski. Kilku glownych dzialaczy – w tym Jurka – aresztowano i odosobniono w zamknietym pokoju biurowym. Po poludniu, podczas wyprowadzania ich z budynku, skrajnie zdenerwowany Jurek z emocji doznal kryzysu sercowego, zemdlal i pojechal karetka do szpitala. Tu Jacek Jaworski okazal sie swoim czlowiekiem: rozmyslnie polecil wezwac karetke nie wojskowa, tylko zwykle miejskie pogotowie, ktore zawiozlo Jurka do zwyklego szpitala, gdzie spedzil prawie miesiac i uniknal internowania. Takie to byly czasy...
Historyjka z przyjazdem Hiebelera i stanem wojennym jest troche zabawna, troche niewesola i nie ma happy endu. Trzy lata pozniej, 4 listopada 1984 roku, telefon od Toniego Janika: „Mam wiadomosc, ktora cie pewnie zainteresuje – wlasnie sluchalem niemieckiego radia, wczoraj w wypadku helikopterowym zginal Toni Hiebeler z malzonka i kims z Jugoslawii – pamietam, ze dobrze znales tego czlowieka”. W Alpach Julijskich robil z helikoptera ostatnie zdjecia do albumu „Alpy z lotu ptaka”, byl z nimi slowenski himalaista, organizator wypraw Ales Kunaver... Zgineli wszyscy. Na pamiatke zostalo 50 stron projektu i konspektu leksykonu gor swiata i setka gotowych hasel. Jezyk niemiecki, wiec mozna by to wydac, niestety materialy nie zamykaja sie w zadna geograficzna calosc.
W TATRY TYLKO „ZA PRZEPUSTKA”
[przepustka]
Na ten swistek trzeba bylo czekac trzy miesiace. Widoczna jest poprawka urzedniczek.
Dzisiejszym mlodym taternikom biegajacym to po Koscielcu, to po Gierlachu, to po Matterhornie, nielatwo uwierzyc, ze kiedys byly okresy zamknietych granic, dlugo zas przeroznych utrudnien w przechodzeniu z naszej strony na tamta. Przez wiele lat nawet wypad do Zakopanego i w Tatry Polskie wymagal urzedowego papierka. W tzw. pas graniczny jezdzilo sie „za przepustka”, wydawana przez uczelnie lub zaklady pracy. Pociagi wjezdzajace na stacje Zakopane witaly megafony przypomnieniem, ze jest to miejscowosc przygraniczna i bez waznego zezwolenia wjazd nie jest dopuszczalny. W roku 1950 pojechalem w Tatry z bratem Walkiem, ktoremu jako rolnikowi przepustke wystawil soltys wsi Lysinin. Stalo w niej m.in. ze „ten istny jest malorolny i nie byl jeszcze karany”. Ja mialem w te lata na pienku z UB, bylem bez stalego zatrudnienia i pracujac nad monografia Doliny Pieciu Stawow o przepustke musialem wystapic do Dzielnicowej Rady Narodowej. Czekalem na nia dluzej niz na paszport, bo 3 miesiace – zrobila sie pelnia jesieni. Wydzial w Radzie Narodowej odwiedzalem tak czesto, ze kiedys panie poczestowaly mnie kawa, odbywaly sie bowiem imieniny towarzyszki naczelnik. Samego mnie dzisiaj dziwi, ale na prace terenowa nad „Dolina Pieciu Stawow” otrzymalem...14 dni. To bylo wszystko. Kiedy wreszcie przyszla zgoda, w Radzie Narodowej wypisano mi przepustke nie na Tatry, tylko na Zakopane. W urzedzie bylem tak ucieszony uzyskaniem wyczekiwanego papierka, ze nie obejrzalem go uwazniej i niewlasciwy zapis spostrzeglem dopiero w domu. Nazajutrz z samego rana wrocilem z prosba o korekte. Panie (towarzyszki) po naradzie do „Zakopane” dopisaly „i Tatry” – niestety inna reka i innym atramentem. Przepustka nie byla zwykla formalnoscia, byla niezbedna przy meldowaniu sie w schronisku, a na wycieczkach trzeba ja bylo okazywac po kilka razy dziennie. Patrole WOP – czesto z psami – czaily sie wtedy za kazdym krzakiem i slabo gramotni zoldacy z groznymi minami konfrontowali przepustki z dowodami osobistymi. Biegalem pracowicie po dolinie i jej niegranicznym otoczeniu – Swinica, Gladki, Szpiglasowy byly oczywiscie niedostepne. Trzeciego dnia mojej pracy znalazl sie gorliwy kapral WOP, ktory zauwazyl dopisek i pod zarzutem falszerstwa sprowadzil mnie z Pieciu Stawow na Lysa Polane (nie bylo jeszcze placowki na Palenicy), skad samochodem pod straza (choc nie w kajdankach) pojechalem do Zakopanego. Tam trafilem na rozsadnego porucznika, ktory zadzwonil do Warszawy i po 3–4 godzinach bylem wolny, zostalem nawet poczestowany zbozowa kawa z mlekiem. Wracalem oczywiscie na piechote. Stracilem jednak dwa czy trzy cenne dni – doliczajac deszcze, z 14 dni zrobil sie ledwie tydzien. Dodatkowa strata jesiennej pory bylo to, ze w dolinie nie zastalem juz pasterzy, tak waznych dla mnie jako informatorzy. Mam te przepustke na pamiatke „od 4 pazdziernika 1952 r. do 17 pazdziernika 1952 r.”
[zolnierze WOP w Dolinie Pieciu Stawow]
Rok 1953 – zolnierze WOP w Dolinie Pieciu Stawow – z siostrami, ktore przyjechaly w odwiedziny z odleglych wsi. Fot. Jozef Nyka
Inna przepustkowa przygode przezylem 15 lat pozniej, kiedy graniczny rezim juz troche zelzal. Prezesem KW byl wtedy Czeslaw Bajer, aktywny przedwojenny taternik i glebokiej wiary przedwojenny komunista, przy tym czlowiek uczciwy i przyjacielski. Byl wiceprezesem Banku Narodowego, wczesniej ministrem gospodarczego resortu, wplywy mial wiec rozlegle. Do swoich kolegow z ZG KW byl przywiazany, choc przeciez nie krylismy naszych pogladow. Jesli starczy mi zycia przypomne, jak wsrod kolumn radzieckich czolgow z prezesem Bajerem wjezdzalem w r. 1968 do Czechoslowacji. Byl to jedyny sezon, kiedy mialem stala przepustke na Slowacje, taka z jakich korzystali np. goprowcy czy dzialacze Kola Zakopianskiego KW. To tez mala i warta przypomnienia historia.
[Czeslaw Bajer]
Czeslaw Bajer
Prezes Bajer wybieral sie wtedy na wczasy do Zakopanego do osrodka PRM na Antalowce, ja zas wyjezdzalem na Skibowki z dziecmi. Z poczatkiem lata Czesiek – mimo roznicy wieku bylismy po imieniu – mowi: mam samochod, bedziemy jezdzili na wspinaczki na Slowacje. Ja mu na to, ze przykro mi, ale juz obie swoje przepustki wykorzystalem. On sie zachnal: jak to, to ty jako redaktor „Taternika” nie masz stalej przepustki? Nie wierze... Czas naglil, wiec z miejsca poprosil o moje personalia. Zanotowal date urodzenia, miejsce zamieszkania, telefony, miejsce pracy. Znajac opory urzedow przed przyznawaniem tych przepustek, nie wierzylem w efekt. Jednak dokladnie trzy dni pozniej telefon z Zakopanego. Mila pani informuje, ze ob. Jozef Nyka jest proszony o odbior w Komendzie MO przepustki. Zdumialem sie szczerze, ale z mojej strony nie bylo to pierwsze zdumienie. Na Kosciuszki stanalem w kolejce do okienka, gdzie przepustki wydawano, stalem dobre pol godziny. Opryskliwe urzedniczki wertowaly pudla, ale przepustki nie bylo. „Widocznie jeszcze nie gotowa”. Wspomnialem o telefonie, wiec panie z miejsca zmienily ton i zadzwonily do sekretarki komendanta. „Tak, tak – Prosze pojsc na gore” – uslyszalem juz nieurzedowym glosikiem. Na przywitanie wyszedl sam komendant, zaprosil mnie do swojego gabinetu: „Kawa? herbata?” Bylo to zachowanie bardzo nietypowe, wiec poczulem sie nieswojo. Mila rozmowa, wiedzial o moim wojennym pobycie pod Tatrami, powiedzial ze ma jakies dokumenty dotyczace tych spraw, gdyby to pana (moze „was”?) interesowalo... Potem otworzyl sejf, wyjal teczke, a z niej szara kartonikowa przepustke. Oczy mi sie do niej zaswiecily. „Jeszcze mala formalnosc, prosilbym pokwitowac odbior, o tutaj”. Spojrzalem na podsuniety mi wypelniony druczek z poleceniem wydania dokumentu. Ukosem stalo na nim duzymi literami: „Wydac w trybie pilnym – Szlachcic”. Franciszek Szlachcic byl ministrem czy wiceministrem spraw wewnetrznych, wszystko wiec bylo jasne. A tajemnica polegala na tym, ze bliski przyjaciel Bajera, tez zapamietaly gorolaz, byl wysoko usytuowana fisza w MSW – pare lat pozniej tak sie zdarzylo, ze to wlasnie na jego rekach Czeslaw zakonczyl zycie wsrod wiosennej zieleni Bieszczadow. Papierek ten jest zapewne w archiwach bylej Komendy MO w Zakopanem – pol biedy jesli przypadkiem trafi na niego prof. Paczkowski, wiceprezes w II kadencji Bajera, ale jak nie daj Boze Bronislaw Wildstein? Wszystko to odbywalo sie przeciez na kilka dni przed zbiorowym najazdem szajki KDL na Czechoslowacje...
CARNE, CARNE
Wyjezdzajac za granice lub wracajac do kraju, w punktach granicznych bylismy przygotowani na przykre niespodzianki, takie np. jak rozebranie do bielizny, czy zdjecie z nog kupionych na Slowacji trampek. Zeby jednak zle swiatlo nie padalo tylko na funkcjonariuszy z bloku KDL, warto dodac, ze doswiadczalismy tez – rzadziej, to prawda – nadgorliwosci sluzb na granicach zachodnich. Dla ilustracji taka oto przygoda sprzed niemal 60 lat przy wjezdzie na obszar pieknej i wysnionej przez nas gorskiej Italii.
Lato 1962 roku, nasze pierwsze Dolomity. Przed wyjazdem odwiedzilem w Katowicach Janusza Chmielowskiego z prosba o blogoslawienstwo dla naszej grupy. – Na jak dlugo jedziecie? – Na miesiac, a wlasciwie na 50 dolarow. – Malo, trzeba bedzie bardzo oszczedzac. Na caly miesieczny pobyt dostalismy po 50 dolarow na osobe, cos trzeba wiec bylo dokupic w kraju i przemycic. Kontrole graniczne byly surowe i ryzyko wielkie. W r. 1963 do wywozu „prywatnych” dolarow chlopcy przygotowali specjalne wydrazone mlotki, ale w 1962 dolary ukrylismy prostacko w paczce cukru w kostkach. Na granicznej stacji Tarvisio Boscoverde do wagonu wpadli wloscy celnicy. Mlody niski facecik myszkowal po naszych ogromnych bagazach. A co w tych workach na polkach? – Zywnosc – odpowiedzialem, niczego nie podejrzewajac. – Jaka zywnosc? – Tu moje wyliczenie, w tym konserwy. – Jakie konserwy? – Carne, mieso? Miesa nie wolno wwozic do Wloch. Struchlelismy. Ale czarnowlosy mlodzieniec zmienil ton. – A moze macie znaczki pocztowe? Francoboli? Tak tak, mamy, mamy. Otworzyl wielki portfel i zaczelismy mu wsypywac co kto mial. – Zadowolony wsunal portfel do kieszeni i machnal reka: a teraz zdejmujcie worki – dwa albo trzy ciezkie brezentowe wory poszly na peron. – Dowiadujcie sie w urzedzie cel w Wenecji. Tymczasem ktos przypomnial sobie, ze wlasnie w jednym z nich sa nasze przemycane dolary. Chlopcy wyskoczyli i zaczeli na peronie patroszyc worki i otwierac upchane na spod pudelka z cukrem w kostkach. Celnicy kleli zdumieni, maszynista pociagu gwizdal przeciagle. Dolary zostaly znalezione i pociag ruszyl, bylismy jednak bez majacej starczyc na caly pobyt zywnosci.
[Maciek Popko, Jozef Nyka, Lucjan Sadus, Zygmunt A. Heinrich]
Lato 1962 – my pod Tre Cime di Lavaredo. Od lewej: Maciek Popko, Jozef Nyka, Lucjan Sadus i Zygmunt A. Heinrich. Brak Adama Szurka i Ryszarda Zawadzkiego. Fot. Adam Szurek
Nastepnego dnia w Wenecji obaj z Mackiem Popka udalismy sie do urzedu cel w sredniowiecznym palacu na Venzia Salute. Okazalo sie, ze z puszkami nie jest zle, ale bieda z suszona kielbasa. Czeka nas wysokie clo i jeszcze wyzsza (jak na nasze zasoby) oplata za eskortowany przewoz workow z Tarvisio. Czekajac na decyzje pani naczelnik wdalismy sie w pogawedke z sekretarkami. Panie cieszyly sie naszym wtedy kulawym wloskim. Z torby wyjalem pliczek pieknych zdjec niespelna rocznej i dosc korpulentnej Moniki. Byly formatu 18 x 24, zrobil je i opracowal Czesio Momatiuk. „Bambina, bambina, che bella ragazza!” Panie byly pelne zachwytow. Ze zdjeciami w garsci ruszyly we dwie do kolezanki naczelnik. Nie slyszelismy rozmowy, ale i ja pulchnosci Moniki musialy wzruszyc, bo po paru minutach uslyszelismy decyzje: mozemy odebrac wszystko, a kosztami transportu zostanie obciazony skarb panstwa, jako efekt nadgorliwosci celnikow. Konserwy w ogole nie byly objete restrykcyjnym przepisem, nie mowiac o cukrze, makaronie, platkach owsianych. Problemu urzedniczej korupcji jeszcze wtedy nie bylo i biuralistki chetnie przyjely kilka petek pachnacej polskiej kielbasy.
Nas jednak czekal kolejny ciezki etap. Urzad celny znajduje sie na wyspie, 50-kilogramowe worki trzeba bylo przeprawic vaporettem, a potem dzwigac w skwarze na dworzec. Przemieszczalismy je we dwoch ruchem gasienicy, byla to mordercza robota. Zyczliwi przechodnie probowali nam pomagac. W zdenerwowaniu nie pomyslelismy, ze nalezy pojsc po pomoc na dworzec. Zle przezycia nie trzymaja sie glowy, wiec niewiele pamietam z tych koszmarnych kilometrow. Wilgotny wenecki upal i zmeczenie nie zabily jednak w dwoch molach ksiazkowych zylki bibliofilskiej. Podczas jednego z odpoczynkow, juz niedaleko dworca, dostrzeglismy obaj z Mackiem dlugi stol bukinisty, zawalony starymi ksiazkami. Podeszlismy zaciekawieni. Obaj jednoczesnie zobaczylismy rozlozona na srodku ksiege z czarnym tytulem „Come si fa il testamento?” – Jak sporzadzic testament. Bylismy w drodze w otoczone ponura slawa Dolomity – to ksiazkowe memento mialo wiec jednoznaczna wymowe. Przez wiele lat Maciek byl moim sasiadem na Klaudyny, widywalismy sie czesto, a przy spotkaniach wspominamy ten dzis humorystyczny, a wowczas nie do smiechu incydent. Z 6-osobowej ekipy oprocz mnie zyje juz tylko Rysiek Zawadzki w Krakowie – to on z Zyga Heinrichem patroszyl worki na peronie w Tarvisio – nie watpie, ze ma te przezycia dobrze zakarbowane w pamieci.
ATRAKCJE PODROZOWANIA Z PREZESEM
[Andrzej Paczkowski]
Andrzej Paczkowski. Fot. Jozef Nyka
Wyjazdy zagraniczne nie byly w latach szescdziesiatych i siedemdziesiatych codziennoscia, wiec niemal kazdy pozostawial jakies slady w pamieci. Szczegolnie jesli towarzyszem podrozy byl znany opozycjonista, prezes Polskiego Zwiazku Alpinizmu, Andrzej Paczkowski. Na lotnisku kolejka osob przed bramka zacinala sie wlasnie na Paczkowskim. Funkcjonariusz badal paszport przy pomocy lupy, przeswietlal, w podrecznym okienku sporzadzal ksero, dzwonil gdzies wyzej po decyzje. Gniewne glosy z kolejki skierowane byly nie do urzednika, ale do Paczkowskiego. Przy stole celnym byla drobiazgowa rewizja, z osobista wlacznie. Zwykle jako osobie towarzyszacej obrywalo sie i mnie. Z lotu do Pragi pamietam wrecz, ze celnik pastwil sie tylko nade mna, zas Andrzeja potraktowal pobieznie. Mnie rozprul srubokretem futeral aparatu fotograficznego. Na granicy w Zgorzelcu ob. Paczkowski wyprowadzany byl z pociagu i ustawiany twarza do ceglanego muru. Lokomotywa gwizdala ponaglajaco, a zoldacy graniczni – puscic, zatrzymac? – wiedli glosne rozmowy z Warszawa. Kiedys w Budapeszcie weszlismy obaj z Andrzejem do antykwariatu – na regale stala druga czesc Wagnera „Analecta Scepusii sacri et profani” (1774). Cena byla tak niska, ze miescila sie w mojej diecie. Dziela tego nie bylo w naszych bibliotekach i kupilbym je bez wahania – bylo jednak male ale: powrot z prezesem Paczkowskim, co oznaczalo perturbacje na granicy, ryzyko wywozu starodruku byloby wiec zbyt duze. „Strate” te nosze w sercu do dzis dnia.
Utkwil mi w pamieci powrot w r. 1983 z Himalaya-Konferenz w Monachium[1]. Pociagi z NRD do Monachium wypelnialy w tamte lata siwowlose frauen – mezczyzn nie widzialo sie w ogole. Mialem z tymi damami przygode przy innej okazji. Na koncu drogi panie z trudem radzily sobie z walizkami, wiec wzialem sie za ten bagaz i powynosilem na peron. Panie przescigaly sie w usmiechach i „danke schon”, „besten Dank”, a mnie przyszedl do glowy gwarowy zwrot powtarzany przez mojego Ojca: Nichts zu danken, eine Mark fufzig („nie dziekuj – marka piecdziesiat” – podobno slowa berlinskiej prostytutki). Uzylem tego powiedzonka, a kiedy wyszedlem z wagonu z ostatnia walizka zastalem na peronie rzadek pan, kazda z pieniazkiem w garsci. „Alez to byl zart” – krzyknalem skonfundowany. „To nic, niech pan sobie zje dobry obiad!”
To byl calkiem inny wyjazd, ale wracam do tego z Prezesem. W drodze powrotnej z Monachium w przedziale szesc siwych dam i my dwaj. Panie, wciaz owiane duchem Zachodu, chetnie wdaly sie w rozmowy polityczne, jednoznaczne z ich punktu widzenia. Naprzeciw mnie siedziala babcia uparcie przygladajaca mi sie z dziwnym usmiechem. Na kolanach miala skorzana torbe, z ktorej wystawaly dwa metalowe prety. Kiedy zblizyla sie granica – kolczaste druty, budki straznikow – panie zmienily ton, pojawil sie lek, nie bylo juz polityki. Pociag wtoczyl sie na peron, do przedzialu wpadli niemieccy policjanci. Wyprosili pasazerki na korytarz i doskoczyli do nas. Jeden z nich ujal mnie twardo pod pache i zaprowadzil korytarzem w przeciwlegly koniec wagonu, prawej reki nie zdejmujac z kolby pistoletu w uchylonej kaburze. Chodzilo o wywarcie wrazenia na widzach. W przedziale zajmowano sie Andrzejem i drobiazgowa rewizja obydwu naszych skromnych plecakow. Ich jedynym urobkiem byl zarekwirowany zeszyt paryskiej „Kultury”. Kiedy stalem wcisniety do kata wagonu, jedna mysl chodzila mi po glowie: ta wredna baba naprzeciw mnie miala w torbie radiotelefon i nasze nieostrozne gadki szly prosto na policje. Bylo to glupie, ale podyktowane osobliwoscia sytuacji. Gdy pogranicznicy zakonczyli akcje i pociag ruszyl, jedna z pan przychylila sie i powiedziala do mnie polglosem: „Wstyd nam za nich, to bardzo dla was bolesne i upokarzajace, ale my skorzystalysmy: omineli nasze walizki, a ja wioze troche zachodnich gazet.”
Moja vis-a-vis, wysiadala gdzies po drodze. Walizke miala ciezka, sama byla stara i watla, zdjalem wiec jej bagaz i wynioslem na peron. Pani dziekowala cala w usmiechach, a potem powiedziala: „Tak sie caly czas panu przygladalam, bo pan wypisz wymaluj moj nieboszczyk maz... Zmarl mlodo ale nie zapomne go nigdy.”
[Andrzej Paczkowski, Wojtek Kurtyka]
Andrzej Paczkowski i Wojtek Kurtyka. Fot. Jozef Nyka
Na polskiej granicy Andrzeja wzial w obroty pogranicznik niemiecki, ktory jesli dobrze pamietam, rozebral go do bielizny. Zjawil sie tez mundurowy monter, ktory odkrecal drewniane elementy scian i sufitu wagonu. Wtedy powialo groza, bo mogl tam tkwic jakis nie nasz, lecz starszy depozyt. Andrzej mial w bagazu kupiona dla kogos flaszke kleju do protez inwalidzkich. Celnik otworzyl zakretke i wwachiwal sie w plyn, na polizanie sie jednak nie odwazyl.
Zastanawialismy sie, skad niemieckie sluzby graniczne mialy informacje, kim maja sie odpowiednio bolesnie zajac. Andrzeja paszport obejrzelismy litera po literce – na przedostatniej stronie byla nieforemna jedynka. Aha – to pewnie ten znak! Tymczasem po drapnieciu paznokciem cyferka odpadla, byla to bowiem wlepiona noga muszki. W ksiazce Andrzej nie wspomina o tych przygodach – widac mial ich w tamtym okresie tyle, ze mu spowszednialy.
PRZYPIS
 1.  Himalaya-Konferenz '83 byla miedzynarodowym rendez-vous, zwolanym przez niemieckie organizacje gorskie w dniach 23–25 marca 1983 w Monachium w sali mieszczacej chyba z 2000 foteli. Zaszczycilo ja obecnoscia znaczne grono swiatowej elity wprawowej. Mnie przyszlo wyglosic dwa referaty: jeden na obradach plenarnych i drugi na sesji Komisji Wyprawowej. Tematem byly osmiotysieczniki i himalaizm zimowy. Prowadzacy obrady prezes DAV, dr Fritz Marz, zrobil mi przyjemnosc, dziekujac za nowe watki w referacie i gratulujac sukcesu lingwinistycznego. Na konferencji prasowej trzeciego dnia doszlo do scysji z Messnerem na temat czasokresu zimy himalajskiej.
GBH0000    64 (2020)
GORZKIE POST SCRIPTUM
[Teczki i gory]
Przedstawione w pierwszych rozdzialikach wspomnieniowe zapiski powstaly parenascie lat temu. Impulsem do ich wydania w zeszycie GBH bylo ukazanie sie nakladem IPN ksiazki Patryka Pleskota „Gory i teczki”, w ktorej autor z zasobow IPN publikuje na ss. 253–255 notatki sluzbowe z najsc mnie oraz Hani Wiktorowskiej przez wspomnianego juz wczesniej funkcjonariusza SB. Jak juz teraz wiemy, byl to Remigiusz Reszczynski. Autor obdarza zaufaniem tego agenta i jego slowa uwiarygadnia autorytetem swojego rozmowcy, profesora Andrzeja Paczkowskiego. Tymczasem obie notatki sa jawnymi fabrykatami esbeka.
W rozmowie (u mnie krotkiej) nie mozna bylo milczec, wiec gosc uslyszal o sprawach znanych jego pryncypalom od lat, jak wyksztalcenie i miejsce pracy Prezesa, jego klopoty z paszportami. Niczego nowego sie nie dowiedzial takze od Hani Wiktorowskiej, choc sprawy i kontakty Andrzeja byly jej dobrze znane, bo czesc spotkan i rozmow odbywal on w biurze PZA.
Jawne klamstwo jest juz w pierwszych slowach notatki Reszczynskiego: redaktor „Taternika” – „czlonek PZPR”. Nigdy nie bylem czlonkiem PZPR, co latwo bylo sprawdzic, chocby w zdeponowanych w IPN dawnych wnioskach paszportowych. Nie bylem tez czlonkiem ZWM, ani nawet PSL, choc jedyna instytucja popierajaca mnie na studia bylo kolko rolnicze z Gasawy.
Tajemnic z tych rozmow nie robilismy, nasz interlokutor – o ile dobrze pamietam – wcale sie tego nie domagal. Razem z Hania uzgadnialismy pozniej jego rysopis, probujac dociec czy odwiedzil nas ten sam mezczyzna. Ja do swojej rozmowy sie nie „przyznawalem” (s. 254), bo nie bylem indagowany. Po prostu Andrzejowi sam ja zreferowalem. Zawarte w obu notatkach nasze rzekome sarkazmy sa nie tylko niewiarygodne, lecz wrecz nieprawdopodobne, stanowia bowiem zaprzeczenia tego, co na temat prezesa PZA – naszego przyjaciela i autorytetu – mielismy faktycznie do powiedzenia. A tu jakis nieznany mi „kryzys w Zarzadzie PZA”(?), Andrzeja wyprawy alpinistyczne na koszt panstwa(?), zamkniecie sie w sobie towarzyskiego z natury kolegi(?) itp.
Pan Remigiusz byl uzbrojony w magnetofon, w archiwum winny wiec byc tasmy, do ktorych mozna bylo siegnac, aby nie ugodzic w dobre imie moje i Hani Wiktorowskiej, osoby dla KW i PZA zasluzonej nie mniej, niz niemal przez 30-lat prezes Andrzej Paczkowski. Mleko sie jednak rozlalo, ksiazka zyje. Za 20 lat nasze wnuki beda wyjasnialy, ze dziadek czy babcia nie byli donosicielami, a dziadek czlonkiem PZPR. Same zreszta nie beda wolne od watpliwosci, mit wszechwiedzy IPN i autorytet wybitnego historyka nie straca przeciez sily oddzialywania.
Andrzej o tym mogl zapomniec, ale Hania z pewnoscia poinformowala go o wizycie nieproszonego goscia, a nikt ze znajacych ja nie wyobraza sobie, by mogla powiedziec, ze nie zal by jej bylo Prezesa, gdyby go wladze represjonowaly za ew. szkodliwa dzialalnosc, tym bardziej, ze represje trwaly od lat. Na potrzeby dokumentacji KW dodajmy, ze stanowisko sekretarza generalnego PZA dla Hanny Wiktorowskiej (s. 254) nie bylo efektem jej staran w fazie tworzenia PZA (1974), lecz pomyslem z Walnego Zjazdu KW w 1972 roku, kiedy awansowala do stopnia urzedujacego czlonka Zarzadu. Dlaczego w ksiazce padlo akurat na nas? Dlaczego wysoko plasowanemu w PZA ewidentnemu wspolpracownikowi SB (vide „Przypadki Adamsa Cartera”) autorzy publikacji oszczedzili nawet ujawnienia nazwiska?
Profesor Paczkowski wspomina w ksiazce, ze w dekadach PRL wydawnictwa lamaly prawa autorskie. Z wlasnej dlugoletniej praktyki publikacyjnej wiem, ze roznie z tym bywalo, ale wydawnictwo IPN jako edytor na pewno nie ma czystego sumienia. W ksiazce wydrukowano szesc zdjec mojego autorstwa i dwa autorstwa mojej Zony – przy zadnym nie podano autora, nie mowiac o jakims honorarium. Moje zdjecie na okladce zostalo uzyte do fotomontazu, co w mysl przepisow wymaga dodatkowego uzgodnienia.
Autor „Gor i teczek” potrzebowal ciekawostek. My mamy zal do jego rozmowcy, a naszego przyjaciela, Andrzeja Paczkowskiego, ktory swietnie znal calosc spraw, wiedzial chyba takze, kto go fotografowal. Nie pospieszyl jednak z negacja, korekta czy komentarzem. Przyjmujemy, ze nie bylo w tym zlej woli. Ja uznaje sprawe za efekt przeciazenia praca i niefortunnej rezygnacji z autorskiej korekty. Moja przyjazn z Andrzejem, dotad serdeczna i bezawaryjna, dzis liczy sobie przeszlo 70 lat, wiec taki epizod – choc dla Hani i dla mnie przykry – nie powinien na nia rzucac cienia. Tym niemniej nie chcialbym umrzec jako eks-peperowiec. Stad te polemiczne uwagi do dobrej przeciez i waznej ksiazki.
Jozef Nyka